Czuję się lepsza od..

Każdy ma słaby punkt. Ja mam tu: Czuję się lepsza. Czuję się lepsza od ludzi, którzy nie szanują zwierząt i planety, uważając się za jej panów. Czuję się lepsza od tych, którzy biją dzieci (wrrr na zwolenników niewinnego klapsa), ale też od tych, którzy nie mają honoru, którzy sami się poniżają szczególnie dla celów materialnych. Czuję się lepsza od ludzi, którzy nie mają godności. Czuję się lepsza od ludzi, którzy nie potrafią się przyznać do błędu i jeszcze nie potrafią przeprosić (och, od tych szczególnie), od tych którzy nie czują wdzięczności, tylko uważają, że im się życzliwość i przychylność po prostu należy. Czuję się lepsza od tych, którzy żyją bezreflesyjnie w stosunku do swojego życia, nie widząc i nie szukając przyczynowo skutkowej zależności między własnymi decyzjami a ich konsekwencjami. Bo można popełnić błąd, tylko ważne jest go zobaczyć a nie szukać winnych. No tak.

Czuję się też dużo lepsza od tych, którzy męczą słabszych i /lub wykorzystują pozycję dręcząc np. podwładnych pracowników. Tak. Na takich ludzi patrzę totalnie z góry.

I wiem, że to niestety trzyma mnie w oddaleniu od mojej definicji celu w podejściu do ludzi: powinnam odczuwać wobec takich ludzi współczucie.

A niestety poczucie bycia lepszą wygrywa.

No i dupa. No i nawet powieka nie chce zadrżeć, że tak nie jest ok. No może i nie jest. Ale tak mam.

Ale poza tym i ponadto to kocham wszystkich ludzi, nawet tych, od których czuję się lepsza 🙂

Zdjęcie: gdański lew. 12.2017

Dlaczego kobiety kochają drani?

Można zastąpić pytaniem: dlaczego mężczyźni kochają idiotki, albo dlaczego kochają zołzy?

Gdy byłam młodziutką dziewczyną babcia (bardzo mądra i życiowa kobieta) nauczyła mnie jak postępować wobec mężczyzn. Zasad było kilka i bardzo jasnych.

Te proste zasady pomagały mi iść przez życie. Właściwie uważam, że mimo zmieniającego się świata, wcale się nie zmieniły, chociaż wiem doskonale, że wiele osób zakrzyknie w sprzeciwie. W nosie to mam, bo wiem swoje 🙂

Wracając do pytania: dlaczego kobiety kochają drani, od razu odpowiem, że  to jest całkiem oczywiste i nie ma się głupio zastanawiać. Ważniejsze jest, dlaczego uparcie ich tak nazywają, a ponad to, próbują ich usidlić, zmienić, udomowić i stworzyć na swoje widzi mi się. Odrobina instynktu samozachowawczego powinna każdej kobiecie mówić: z nim się tak nie da. Idź dalej. Szukaj pluszowego misia a tego zostaw w spokoju. To takie elementarne rozpoznawanie natury ludzi. Podsumowując, nie zgadzam się na określanie takich facetów draniami. Tzn. takich, którzy: „zostawił, mimo, że go tak kocham”, „w czym tamta jest lepsza ode mnie?”, „co mam jeszcze zrobić, żeby chciał ze mną być”. Yessu, jeśli kobieta zadaje sobie takie pytania a do tego słucha piosenek o tym (to jest prawdziwa masakra!), to naprawdę poszłabym się napić z każdym facetem, który ma umiejętność odejścia od takiej kobiety. Dlaczego? Bo draniami są faceci, którzy mają alergię na brak elementarnej godności u kobiety. Godności, która sprowadza się do tego, że facet robi co chce z jej godnością, a ona nie robi z tym nic poza zrzędzeniem i użalaniem się nad sobą. Tak, ja wiem że to wina wychowania. Trudno. Wieki upłyną, zanim to się zmieni.

W czym tak naprawdę jest rzecz? Z perspektywy kilkudziesięciu lat życia i kilkuset rozmów sądzę, że właśnie w tym zachowaniu. Przesada pojawia się z tego bycia miękką i marudnie oddaną. Nie zrozum mnie źle, każdy facet lubi opiekować się kobietą. No wielu. I to jest super. I tak ma być. I trzeba się tym cieszyć. Każdy lubi być w związku. To nie jest tak, że związki są dla nich do kitu i nie, bo nie. Owszem, wielu potrafi się zakochać i potem szybko odkochać. Nie ma w tym nic złego i idiotyzmem jest robienie z tego wady. Do miłości naprawdę trzeba czasu, ale samo zakochanie/ zauroczenie to też super sprawa. I przerażające nawet dla mnie jest założenie, że od randki do ślubu to powinna być droga prosta jak Amber 1. No nie. To by było straszne (dla ludzi określanych jako dranie), albo dla mnie. Desperacka gotowość do związku na pełną parę bywa naprawdę przerażająca i zniechęcająca. I zdarza się i kobietom i mężczyznom. I o ile trafia na dwie osoby, które mają tak i tak im zostaje, to super. Brawo dla was. Ale to nadal powalający odsetek wyjątków. Z reguły okres tańca godowego, zmian zdania po setki razy trwa. No trwa. Może się zdarzyć. I na litość bogów, nie robi to z nikogo drania ani idiotki. Ja wiem, że naiwność jest trudną cechą, ale z niej też można wyjść. Nawet trzeba.

Czasami jak słyszę skomlenie dziewczyn o uwagę, czy uczucia, to naprawdę mi ich trochę szkoda. Tylko trochę, bo to ich wybór. Czasami gdy to samo widzę u chłopaków, to rozumiem, że mają przechlapane, bo to ich działka, ale też powinni umieć rozpoznać, czy coś rokuje, czy lepiej odpuścić. W takich sytuacjach karmienie się złudzeniami jest kompletnie wyborem. Samookaleczającym.

Wg norm, draniem jest facet, który „uwodzi i rzuca”. Idiotką jest kobieta, która skomle o uczucia i uwagę kogoś, kto jej tego dać nie chce. Zołzy, to wiadomo: kobiety, które wiedzą czego nie chcą (bo to, że chcemy wszystkiego, to wiadomo). Głupie suki to od zawsze te, które dają kosza. Wiadomo. Tak jak świat światem może już by zostawić te obelgi.

Wg mnie, z czym nie powinno być dyskusji, draniem jest partner, który krzywdzi, chociaż wie, że druga osoba nie umie, nie ma siły bądź odwagi odejść i jej w tym nie pomoże patrząc jak się wyniszcza. I tu płeć nie ma znaczenia, bo zadręczać można się w dowolnych kombinacjach. Oczywiście wyjściem jest jeszcze przestać krzywdzić. Załóżmy happy end oczywiście też.

Patrząc w ten sposób, widać, że prawdziwych drani to nie ma wcale tak dużo. Więcej jest odpowiedników zołz, ponieważ oni są często zbyt mili, żeby powiedzieć kobiecie: odpuść. Zołzy też tego nie mówią, tylko wysłuchują, że są zmienne, bawią się itd. Nie. Ani faceci się nie bawią, ani kobiety. To, że nie do końca wiedzą, co czują, a na pewno nie jest to to, czego chce druga strona, nie robi z nich drani.

Myślę, że wszystko sprowadza się naprawdę do rozpoznawania tego, czego oczekujemy od związku, relacji. Nie od drugiego człowieka. Od związku, czy relacji. Człowiek niech sobie będzie jaki chce,  niech będzie sobą. To jest to miejsce rozdroża w kwestii dobierania się. Bo jeśli facet jest wolnym duchem, to powinien być z kobietą, która kompletnie z tego nie robi problemu, bo może np. też taka jest. Jeśli ktoś jest maminsynkiem, to powinien mieć kobietę, która mu mówi, jak ma żyć (co jeść, jak się ubierać, co myśleć itd), jeśli ktoś jest wrażliwym romantykiem, to powinien trafić na kobietę, która to doceni i pokocha jego wiersze i tak dalej, albo ważne, czy się ma wspólne pasje, czy nie, czy się totalnie akceptuje odmienność czy to przeszkadza itd.  Tak naprawdę nie ma przecież jednego klucza, ale trzeba dawać sobie czas, żeby uczciwie przed sobą i tą drugą osobą decydować. Tak, zmiany zdania są możliwe i jeśli się pojawiają, to są wskazane. Trudno. Wiem, że wiele osób uważa, że słowo to słowo i nie ma zmiłuj, jak się mówi A, to trzeba powiedzieć B, jak się coś zrobiło to oczywistą konsekwencją powinno być coś tam. No nie. Ja się z tymi zasadami nie zgadzam.

Ten dobór naprawdę jest najważniejszym miejscem decyzji i kurcze, nie ma się co wyzywać, gdy zaczyna się rozjeżdżać. To jest niefajne dla obojga. Poznałam w życiu wielu facetów, którzy odbierani byli jako dranie. Kompletnie się z tym nie zgadzałam, właśnie z tego względu, który opisałam powyżej. Oni nie krzywdzili. Oni zostawiali wybór i sobie i kobiecie. Przykład taki dość stereotypowy: facet poznaje dziewczynę. Ona się zakochuje, on jest mocno zauroczony. Wchodzą błyskawicznie w fazę głębokiej konsumpcji i komunikacji, w pierwszym tygodniu pada wiele głębokich i ważnych słów, które pięknie brzmią. Aż on któregoś dnia się budzi i widzi, że nie czuje tego, co jeszcze wczoraj wieczorem. No i zostawia sprawę, bo chce się temu przyjrzeć. Ona zaczyna szaleńczy taniec „o co chodzi?”. Smsy, telefony, co tam jeszcze technologia dała. On zaczyna się czuć z tym źle i znowu się z nią umawia. Kończy się jak ostatnio. Przez chwilę trwa dalej. On znowu któregoś dnia się budzi i czuje, że nie chce tego ciągnąć. Ona znowu walczy. Koło toczy się przez jakiś czas. A nie dajcie bogowie, że on w tzw. między czasie poznaje inną kobietę, która budzi w nim zauroczenie potworne. A tamtej przecież nie chce ranić i jej rzucić. Dramat. Nie, nie drań. Kobieta powinna była wiedzieć, żeby nic nie robić, w miejscu, które pogrubiłam. Ba, powinna zająć się swoim życiem i nie żyć w pełnej gotowości do jego powrotu. Gdy on się odezwie po jakiś czasie to oczywiście, na spokojnie można się zastanowić nad spotkaniem.  Ale bez szaleństwa pt „zaraz będę na dole”, tylko raczej „ok, kochanie, zadzwoń w czwartek, przyszły”. Jezu, kobiety szanujcie się. Facetom wolno więcej, ktoś powie, bo gdy kobieta się tak zachowuje to jest potworem. Nie. To działa w obie strony. Pasja, zakochanie, feromony, wielkie słowa i obietnice wszystko fajnie i pięknie, ale to nie jest żadna baza.

Wiecie te wszystkie poradniki „nie baw się jego/ jej uczuciami”, graj jasno, stawiaj jasno sprawy od początku, to jakiś koszmar. Owszem, nie ukrywać, że się jest w związku, albo w małżeństwie i w domu czeka 3 dzieci. Ale poważnie, jeśli się jest singlem, to właśnie te wszystkie gierki, niedomówienia, to, co intryguje i czasami doprowadza do pasji, jest smakiem życia. To, że prawie każdy chciałby być w fajnym, udanym związku nie jest tajemnicą. To ludzkie i normalne. Ale desperacja, determinacja i nuda oczywistości od początku działają na mnóstwo ludzi szalenie zniechęcająco. Bo wbrew pozorom mało kto widzi związek jak klatkę, więzienie i mus. Lepiej wyjść z założenia, że to ma być coś, w czym być się chce, bo mamy wybór. Mimo obrączki czy słów.

Lepiej się nie zmuszać wzajemnie do niczego. I zobaczyć, co będzie.

 

PS. Ale tych kawałków „w czym ona jest lepsza ode mnie” to powinni w radio zakazać. Serio 🙂 Bo ja sama sobie dopowiadam w myślach „pewnie tak nie zrzędzi”.

Pewnie nie jedna osoba czytając ten test powie, że co ja tam wiem, sytuacje są różne, nie znam wszystkich detali, to nie jest tak, to skomplikowane. No jasne.

I każdy wie swoje 🙂

A ja dalej będę uważać, że wyzywanie ludzi tylko dlatego, że nie chcą tkwić w czymś, do czego nie mają przekonania jest głupie, tak jak budowanie życia na dwóch upojnych miesiącach spędzonych razem i morzu pretensji, gdy tak nie wychodzi. Że on/a/ mogła się na to nie decydować? No spoko. Ty też nie, osoba czująca się pokrzywdzoną. Prawda? 😉

Ludzie tak słabo cieszą się życiem i robią problem z rzeczy, z których należy się cieszyć.

 

PPS. Gdy pojawi się miłość, która ma trwać długo, dłużej, na zawsze (?) to nawet jak się będzie chciało od niej uciec, to się nie uda. Zapewniam. A potem już się kręci w tym niedowierzaniu każdego dnia. Tylko dać sobie szansę. Bez szarpania się z kimś, kto tego nie czuje, albo nie chce. Serio, nic na siłę. A będzie dobrze. 
Jakie są zasady?

Złota 5:

  1. szanuj się
  2. szanuj ich
  3. nie oceniaj pochopnie
  4. nie decyduj pochopnie
  5. nigdy nie uganiaj się za chłopakiem

 

PPS. Wielu rzekomych drani, czy zołz, gdy trafi na swojego, to stają się cudownymi partnerami czy małżonkami. Magia nienarzuconego doboru i dobrowolnego wyboru.

 

Zdjęcie: Fahrenheit na Długiej, Gdańsk 11.2017

 

 

 

Lepsza wersja siebie

Strasznie bezsensu jest budzenie w sobie samym poczucia winy za to, że się nie jest lepszym niż się jest. Masochizm level hard.

Niektórzy ludzie są w tym mistrzami. Zrzędzenie, że powinno się więcej czasu poświęcać rodzinie, hobby, sobie, dzieciom, parterowi, na naukę języków, na jogę czy inne zajęcia.

Weź człowieku wyluzuj.

Zakoduj jakoś, że jesteś najlepszą wersją siebie jaką możesz być w danym momencie, w danym czasie. Pewnie, że teoretycznie mógłbyś być lepszy i bardziej, ale tylko teoretycznie. Robienie sobie wyrzutów sumienia z tego powodu jest bez sensu i jest wyłącznie masochizmem.

Jeśli ktoś myśli, że takie samobiczowanie cokolwiek zmienia, chociażby w oczach innych, albo się łudzi, że dzięki temu czuje się lepiej, albo mniej winny tego, że nie jest lepszą wersją siebie, to się grubo myli i wyłącznie karmi swoje kompleksy.

I pasuje sobie nastrój. A często i innym.

Po jakiego grzyba? Hm? Odpuść. Jesteś dzisiaj najlepszą wersją siebie, jaką możesz być. Imaginowanie lepszego wariantu to wyłącznie kompleksy, bo nie jest to nawet motywujące z tej prostej przyczyny, że nawet pracując nad sobą nie zmieniasz dziś, tylko ew. kreujesz przyszłość, która też będzie wypadkową wielu czynników.

No i tyle.

Więc ciesz się, że nie jesteś dziś taki, jaki byłeś np. rok czy 10 lat temu. Bo się zmieniłeś i to raczej na lepsze, prawda? No. Świat też. Więc idź dalej i nie zrzędź, że powinieneś robić więcej, lepiej, bardziej niż dziś. Jak się da, to po prostu to rób, a jak się nie da, to to, cholera jasna, zaakceptuj. Jeśli jest gorzej niż rok temu czy 10 lat, to tym bardziej wiadomo, że nie ma co zrzędzić, tylko wziąć się za siebie i zobaczyć, co będzie za rok, albo 10 lat. No ale dzisiaj jest się nadal najlepszą wersją siebie. Bo taki jest efekt tego, co było do wczoraj. Logiczne?

Boginie, jak ludzie czasami sami sobie komplikują życie i myślą do tego, że to dowód inteligencji. No nie. Nie jest to dowodem na nic dobrego. Żeby nie nazwać tego głupotą.

Więc nie rozczulać się, nie zrzędzić tylko iść dalej.

Zakodować i odmaszerować wdrożyć.

Dziękuję.

🙂

Kurcze, wszyscy jesteśmy ludźmi. To wcale nie jest za mało. I wcale nie musi być lepiej i bardziej.

Naprawdę.

Zdjęcie: tajska restauracja Gdańsk 11.2017

Praga, zapada zmierzch, wychodzi czar

W wieczorowej Pradze można się zakochać, zatracić i oddać zachwytowi bez granic.

bmd
Praga by ml76
bty
Praga by ml76
bmd
Praga by ml76
bmd
Praga by ml76
bmd
Praga by ml76
mde
Praga by ml76
bmd
Praga by ml76
bmd
Praga by ml76
bmd
Praga by ml76
bty
Praga by ml76
bty
tiramisu 🙂
bty
Praga by ml76
bty
Praga by ml76

 

Tęsknię.

Tym romantycznym akcentem (chyba) wątek Pragi się kończy. Przynajmniej tym razem, bo jeśli tylko się uda, to z radością tam wrócę. To miasto ma w sobie taką magię, że można się od tego uzależnić. Z absolutnym zrozumieniem dołączam do wielbicieli tego miasta. Jako pomysł na podróż na 15. rocznicę ślubu, okazał się trafiony w 100%. Chociaż czeska kuchnia nie stała się moją ulubioną (Sorry kochani Czesi! ale przecież polska tradycyjna kuchnia też do wybitnie lekkich w klasycznym wydaniu nie należy), to piwo zdecydowanie tak.

To, co wspominam z rozczuleniem, to jeszcze nasz rytuał, który podsumować było można „kumasz? leżymy w Pradze i oglądamy Arabelę”. Wiem, młodsze osobniki już tego nie znają, ale dla ludzi koło 40tki to był taki hit dzieciństwa, że szkoda mówić. Każdy marzył o pierścieniu Arabeli. Oglądając to teraz, i jeszcze w Pradze (przynajmniej pierwsze odcinki) nie mogliśmy się nie śmiać z absurdalnego poczucia humoru zawartego w tej baśni. Ale jako dzieci zwracaliśmy uwagę na inne rzeczy. Przecież 🙂

Na myśl o Pradze będę się uśmiechać jeszcze długo.

 

 

Zdjęcie w nagłówki: ML mnie złapał, jak łapałam Wełtawę. 19.11.2017.

Spacer po Pradze cz. 2

Tytuł tytułem, życie, życiem.

W dniu rocznicy, popłynęliśmy w rejs. Po Wełtawie. Raz się żyje.

 

Zostawiam miniatury, bo pogoda była jaka była i zdjęcia są jakie są. Niemniej, podpowiem, że na taki rejs można kupić bilety na stronie WWW 

Mieliśmy godziną wersję, bo wydawało mi się, że to i tak długo, ale spokojnie wzięłabym jednak wersję co najmniej tę dwugodzinną. A na inny dzień jeszcze wieczorną. Jak na pierwszy raz było jednak bardziej niż OK i wystarczająco. Fajne przeżycie. Nie pamiętam nawet, kiedy ostatnio płynęłam w jakiś rejs. Teraz przynajmniej to będę pamiętać 🙂

 

Od razu dodam, że szykując się do tej podróży, jak rzadko bardzo dokładnie rozplanowałam poszczególne dni. Kierowałam się tym, co ja bym chciała zobaczyć i co chce zobaczyć Marcin. Przeważnie podróżując zdajemy się na „będzie OK, tak jak będzie” (tak zobaczyliśmy Holandię i faktycznie było OK), ale w przypadku tej podróży chcieliśmy lepiej wykorzystać ten czas optymalnie (czyli też bez pośpiechu), bo to raczej oczywiste, że takich miejsc to i w miesiąc się nie zwiedzi. Dlatego było kilka punktów, które były „must see” i kilka „fajnie będzie jak się uda”. Na rejs kupiłam bilety jeszcze przed wyjazdem. Bo bardzo chciałam nie mieć pretekstu, żeby odpuścić (a odpuściłam z Tańczącymi Fontannami, bo wieczór był po prostu dla mnie już za zimny, ale następnym razem nie odpuszczę ;-).

W planowaniu pomocny okazał się: blog przewodnika po Pradze ,a w rekomendacji miejsc do jedzenia bezcenny również  https://pl.tripadvisor.com/. Hotel jednak poszedł przez booking.com. Ale tu pewnie każdy ma swoje preferencje.


Ściana Johna Lennona robi wrażenie, bo stojąc przed nią można zdać sobie sprawę, że ilość możliwych kombinacji do zdjęć jest tam chyba nieograniczona:

Stworek z wielkimi oczami rozwala. Jego małe buty szczególnie. Można spędzić tam godziny po prostu przyglądając się szczegółom. 100% slow life 😉

 

 

 

Mamy problem

Macierzyński monodram

Tak. Mamy problem.

Sympatyczny monodram macierzyński.

Czy są tu matki? Ja niestety nie jestem mamą, więc oglądam wszystko związane z macierzyństwem jak science fiction. Ten spektakl ubawił mnie momentami do łez. I rozczulił. I tak znam macierzyństwo z obserwacji chociażby koleżanek matek. Fajne było to, że jakoś śmiech w niektórych momentach szczególnie wskazywał na to, że śmieje się matka.

Więcej o spektaklu TU. Brawo dla Magdaleny Bochan-Jachimek. Tak poruszać się między nastrojami to sztuka 🙂

Jak to M. podsumował „Tobie naprawdę chciało się jechać do Gdyni na monodram o matce małego dziecka?”

Boginie, jak on czasami nic nie rozumie 🙂

No polecam gorąco niematkom też. I nawet mężczyznom, których na widowni nie brakowało. Cudnie.

Pilzno. U źródła

Mekką każdego fana piwa jest Pilzno. Ja fanem piwa nie jestem, ale ciekawa miejsca jak najbardziej.

cof
Pilzno, jedna z bocznych ulic rynku
cof
Pilzno, Rynek. Kamieniczki prześliczne. Tylko Słońca zabrakło, żeby to wydobyć do końca.
cof
Pilzno, muzeum historii piwa
sdr
Pilzno, stara metoda na zapamiętanie, gdzie zostawiło się samochód. Robisz fotę parkingu.
cof
Pilzno. Wejście.
cof
Pilzno. Purkmistr. Na ścianie ładnie widać chmiel.
sdr
Pilzno. Stare budynki. Jak na moje oko, to to kiedyś była wieś, ale została wchłonięta w granice miasta.
sdr
Pilzno. Purkmistr. Jeszcze przez moment było pusto, a potem zrobił się tłum. Magia.
cof
Pilzno. Piwo. Piwo w Pilznie.
cof
Wołowina z knedlikami w sosie.
cof
Ja jednak tradycyjnie: łosoś.

Adres restauracji: http://www.purkmistr.cz/ . Polecam.

Poniżej browar w Piznie (mają tam cudowny sklep z piwem i gadżetami), ale to co najlepsze, bo jeśli mamy np. wśród bliskich fana piwa, to można nabyć butelkę z piwem nalewanym na miejscu (butelka w takim starym stylu, zamykana na taki korek). Gratka jak nie wiem co.

cof
Wejście do browaru. [werble]
cof
Wejście do restauracji w browarze [niestety, taki tłok, że trzeba zapału, żeby czekać na stolik. Nam go zabrakło]

22528603_2388302364728207_1687334175965802115_o
Pilzno. Spacer bo browarze. Jak to kolega ładnie opisał „jakby was szatan opętał”. Co najmniej 🙂

Samo Pilzno zaskakuje spokojem. Miasto jest w końcu miejscem powstawania tego kultowego piwa, nie jest takie małe, jest zaledwie 100 km od Pragi (samochodem jakąś godzinę bez pośpiechu), a różnicę w klimacie i cenach (chociaż Praga taka zła nie jest, jak ją niektórzy rysują w tym względzie, naprawdę, ale o tym innym razem) 🙂 widać kolosalną. Jest spokojnie, tylko jeszcze warto trafić w ładną pogodę, bo inaczej chodzi się po knajpach, je pyszne ciasta, pije kawę za kawą i tyle 🙂

Ale miasto spokojnie na kilkukilometrowy spacer po starym rynku i okolicach a potem właśnie na wyjście do browaru, nabycie trunków i na koniec wycieczki obiadokolacja na świetnym miejscu, a wszystko w najlepszym towarzystwie. Jeśli chodzi o Pilzno, to chyba udzieliła mi się radość męża, bo Pilzner Urquell to jego ulubione piwo. Niestety prawda jest taka, że to eksportowe – mimo że rozlewane w Pilznie – nie jest aż tak nasycone. A może to tylko wrażenie, chociaż organoleptycznie sprawdzający to ML powiedział, że sama prawda. Kto sobie sprawdzi, ten sam oceni.

 

Cóż więcej trzeba do szczęścia.

Dawne dzieje

Zatrzymam się na chwilę tutaj. Na Hradczanach. Prawda jest taka, że uwielbiam klimat wiekowych budowli, ten zapach starych kościołów, zamków i pałaców, podziwiam ich architekturę.  Chodząc w takich miejscach, słyszę średniowieczny śpiew, zapach kadzideł i palonych świec, ten okropny i posępny klimat, widzę oczyma wyobraźni (i obrazów z obejrzanych filmów)  grzmiących o piekle i karze kaznodziei. Doceniam kunszt zdobień, grę światła. Widzę królów siedzących na tronach w salach tronowych, widzę ludzi tańczących w salach balowych w tych ciężkich i niewygodnych strojach. Przechodząc uliczkami słyszę tętent końskich kopyt na bruku. No cudowne to jest.

Ale ML ma do tego taki stosunek: No piękne, piękne, ale idziemy dalej.

No to idziemy 🙂

Zdjęcia: Hradczany, Katerda Wita, Zamek i okolice. Praga 2017.

 

Złota Uliczka – Praga

Ze Złotą Uliczką miałam kompletny luz, bo to ML chciał ją zobaczyć. Ja nie, bo wykazałam się totalną ignorancją i straciłam 10 punktu szacunku w jego oczach, gdy na tekst „Ja bym chciał zobaczyć Złotą Uliczkę” zareagowałam „Czyli co?”. Ej, on też nie widział, czemu mi zależy tak bardzo na moście Karola. OK, ja też nie wiem, czemu mi tak zależało, ale tak było. Pewnie z podobnych powodów zależało nam na tych miejscach. W każdym razie…. przejdźmy się Złotą Uliczką. A ja dokończę myśl:

sdrmdecofcofsdrsdrcofsdrcofcofmdebmdbtybdrbdrbdrbty

bmd

mde
TadaM! Nasi tu byli.
sdr
Bardziej współcześnie. Kawałek historii kina.

MLe na Złotej uliczce

 

W każdym razie, zakończenie jest takie, że ja byłam zachwycona (bo nie miałam totalnie żadnych oczekiwań i po prostu mi się podobało), a on podsumował „to wszystko? phi”.

Także najlepiej sprawdzić samemu.