Uważaj o czym marzysz.

Jakiś czas temu rozmawiałam sobie z kolegą o życiu. O przyszłości. Ponieważ na dziś moje życie jest dla mnie bardzo dynamiczne, funkcja managera sprzedaży, ciągły kontakt z ludźmi i to z całego świata, dziesiątki spraw dziennie, rozwiązywanie sytuacji kryzysowych itd, powodują, że myśląc o przyszłości szukam pomysłu o zupełnie innej dynamice, chociaż dzisiejsze życie bardzo kocham. Gdy byłam młoda, chciałam być artystką, albo politykiem, albo pisarzem, albo prezesem wielkiej korporacji, ale było przy tym też wiele innych pomysłów na siebie, które weryfikowałam szybko i eliminowałam je po próbach empirycznych. Idąc przez życie niektóre pomysły musiały odpaść, jak bycie politykiem, bo zbyt wiele osób ma zbyt wiele dowodów na to, że jestem popieprzona a przez to moja wiarygodność w tej roli zostałaby szybko zniszczona i to w oparach skandalu. Po co mi to? 🙂 Inne pomysły też wygasały dość naturalnie, gdy się przekonywałam, że jednak się do tego nie nadaję lub nie czuję, bo ja mam taką wadę, że jak coś robię, to robię to z pełnym zaangażowaniem, w tym emocjonalnym. Daję z siebie wszystko na maxa. No idealistka na miarę dawnych czasów. Podobno dzięki temu spełniają się moje marzenia. Ja uważam, że wszechświat mi sprzyja, gdy czegoś bardzo chcę, ale niech będzie, że to dzięki mojemu idealizmowi. Wiem na pewno, że jeśli wygram w totka, to założę fundację dla kobiet w trudnej sytuacji. Zbyt wiele kobiet, jak na to patrzę z boku nie ma odwagi żyć po swojemu i taka fundacja z pomocą psychologiczną, z jakimiś rozwiązaniami umożliwiającymi zrobienie pierwszych kroków do wyjścia z ich osobistego piekła itd jest jednym z moich marzeń, bo wiem, że życie w zgodzie z sobą i w swoim tempie jest kluczowe do spełniania się.

W każdym razie, wracając do rozmowy z kolegą, moją ostatnią myślą było, że za 20 lat, czyli gdy już kompletnie będę sobie szukała spokoju w życiu, to zostanę wróżką. Tarota mam, kłaść umiem, chociaż z 20 lat go nie ruszałam, ale wróżenie to dobry pomysł.


Kilka nocy temu miałam okropny sen. Przyśniło mi się, że zadzwoniła do mnie moja ukochana mama i zapłakana powiedziała, że bandyci zabili jednego z mężczyzn bliskich mojemu sercu. Obudziłam się poturbowana tym snem. Następnego dnia i przez 2 kolejne sen ten mnie trochę męczył, bo z jednej strony, może mógł być proroczy, a z drugiej, był nieprzyjemny (obudzona w ten sposób tęsknota za mamą, jak każda tęsknota, której niczym nie można ugasić). Ale skoro byłby proroczy, to co ja mogę zrobić? Zadzwoniłam do tego mężczyzny. Pogadaliśmy. Nie powiedziałam mu o śnie, bo to dorosły człowiek i raczej rozsądny. Po co mam próbować budzić w nim niepotrzebnie jakąś paranoję (albo wrażenie paranoi u mnie)? No ja po takim telefonie bym jedynie poczuła się niefajnie, bo co można zrobić z taką informacją? Ma przestać wychodzić z domu, zabarykadować się i czekać? Ile? Na co? No nie za bardzo.

Zostawiłam to. Po kilku dniach zrozumiałam jednak, że za nic w świecie nie chcę być wróżką. Nie chcę widzieć, wiedzieć, co się wydarzy, ani „na niby” ani naprawdę. Nie chcę dylematów, na co wpływać, na co nie i czy w ogóle mogę. Za nic w świecie nie chciałabym poczucia, czy już zupełnie jakiejś pewności, co będzie.

Nie chcę być wróżką. Odwołuję.

Na razie wracam do pomysłu bycia kiedyś pisarzem. Jednym z milionów pisarzy piszących do szuflady, ale spełniających się w tym, co robią, bo jak każdy marzę, że moja książka to będzie TO. I tyle. Na dziś mam rozpoczęte 3 książki. Każda zupełnie inna i nie ułatwiłam sobie tym dalszego prowadzenia fabuły. Spoko. Przecież to na za 20 lat. Bez pośpiechu 🙂


Ostatnio słuchałam rozmowy z jakimś psychologiem (jak znajdę link z youtube to wrzucę), który powiedział to, co ja sama sobie mówiłam już wieki temu: planowanie życia to kpina z siebie (wyraził to innymi słowami), bo żyjemy w zbyt dynamicznie zmieniających się czasach, żeby mówić o planie na życie. Co jest słuszne, to mieć… strategię na siebie. Dokładnie tak to się robi.


Wiem natomiast, że jak o czymś marzę i mogę tego od razu spróbować (nawet w obszarze hobby), to trzeba działać. Przynajmniej dość szybko wiem, czy to jest to, co mnie zassie, czy coś, co okaże się nieporozumieniem.

Hm. Czy też tak macie, że jak coś łatwo przychodzi, poprzeczka jest za nisko na samym początku, to szybko się tym nudzicie? No ja tak mam. Nic śmiesznego, ale najlepiej, gdy poziom wyzwania zaczyna się od #niemożliwe dla mnie. Jeśli mnie to jednak zaciekawiło, to mogę nad tym pracować w nieskończoność.

Nie ma co gdybać, trzeba żyć 😉

PS. Na marginesie – jestem fanką prawie każdego stylu, gatunku muzyki, ale techno jest jednym z tych, przy których dorastałam. Mam na koncie dziesiątki techno party. No kochałam to. Ale wiem też, że nie było to nigdy „technicznie” poprawne. Dziś miałam okazję pouczyć się u mistrza faktycznie ruchów techno. JA ROBOT. Pierwszy raz w życiu. Cholernie mi się podobało i uśmiechnął mnie fakt, że po 40tce pierwszy raz mam okazję spróbować robić to poprawnie i się trochę pouczyć.

I kolejny pierwszy raz na koncie. Rewelacja.

PPS. Jak kogoś interesuje tematyka snu, to polecam:

https://youtu.be/IwCbezsR8H0

Zdjęcie: gdy powiedziałam sobie: czasami trzeba się zabawić 😉 06.2018

Hamulec bezpieczeństwa

Kilka miesięcy temu musiałam zaciągnąć znowu hamulec bezpieczeństwa. Ten życiowy. Zapędziłam się w bardzo niebezpieczny tryb, w którym sama za sobą nie nadążałam. A wydawało mi się, że to, co się działo wcześniej, było pozytywne. Okazuje się, że nawet jak jest pozytywne, to za dużo, to niezdrowo.
Zaciągnęłam hamulec bezpieczeństwa. Musiałam się zastanowić, co jest dla mnie naprawdę najważniejsze i na czym się chcę skupić, bo na wszystkim, co bym chciała to się nie da.
Taka dygresja: Czasami znajomi mówią mi, że łatwo mi się mówi o slow life, zwalnianiu, porządkowaniu i równowadze (albo chociaż jej szukaniu, co przecież wymaga czasu, a tego przecież wszystkim brakuje najbardziej), bo nie mam dzieci. No nic bardziej mylnego. Z mojej perspektywy, to właśnie przy dzieciach łatwiej jest się ogarnąć, bo trzeba. A nie? 🙂 Dla mnie jedynym aksjomatem jestem ja sama. No dobrze, moi bliscy, ale nie są to jednak dzieci, za które jestem odpowiedzialna.
Więc takie przepychanki, komu łatwiej czy trudniej żyć ew. slow, są… bez sensu. Jedyne co ma sens, to zatrzymać się i pomyśleć.
A do tego służy właśnie hamulec bezpieczeństwa.
Zdjęcie zrobiłam w jednej z podróży. Chyba w Pendolino. I chyba w marcu. I już na pewno od tamtej pory czekałam sobie na tę notkę. Powoli. W swoim własnym tempie 🙂

Artysta może więcej?

Jak przestałam kochać Woodiego Allena?

Każdy z nas ma chyba swoich ukochanych twórców, aktorów, autorów i innych artystów ze świata sztuki. Bo z innych światów wiadomo, że artyści też bywają różni.

Mówimy jednak o świecie sztuki.

Jest to jedna z kolejnych spraw, w której na przestrzeni lat zmieniam zadanie.

Doniesienia o molestowaniu córki przez Allena docierały od dawna. Ignorowałam je, bo długo też sama dziewczyna się nie odnosiła do sprawy. To się jednak zaczęło zmieniać.

https://www.tvn24.pl/kultura-styl,8/woody-allen-oskarzany-przez-dylan-farrow-w-wywiadzie-telewizyjnym,807573.html

Druga sprawa – Polański i 13latka. Dziesiątki głosów mówiło „wiedziała, po co tam idzie”. Serio? Czy ludzie myślą, że granice wieku, kiedy seks staje się legalny są fanaberią? A może właśnie mają chronić dzieci w tym najgłupszym okresie, gdy im się wydaje, że są dorosłe? Nie są. Są dziećmi. Czasami już bardzo dojrzałymi fizycznie, ale nadal są dziećmi. Kwestię tę reguluje dokładniej tzw. Wiek zgody.

Czasami w dyskusjach słyszę „oj tam, przesadzasz, kiedyś 12 latki wydawane były za mąż i było OK”. Nie. Nie było. Okres nie robi z dziecka kobiety. Owszem, staje się ona zdolna do rozrodu, ale nie jest jeszcze przez to kobietą. Psychicznie. Cudownie, że prawo i ludzie myślący przyznali to i zaczęto chronić dzieciaki. Czy 20latka jest już dojrzała? No cóż. Na pewno bardziej, niż 12 czy 15 albo nawet 18 latka. Doskonale wiemy, że można mieć i 60 lat i być niedojrzałym psychicznie, ale rozwój ten nie podlega prawu. Gdyby podlegał, to niestety większość ludzi nie dostałaby dowodu. Wiadomo.

Wracając do świata sztuki i molestowania dzieci. Polański to jeszcze inna sprawa i trochę głupia, bo jeśli facet nie wiedział, że to aż taka gówniara, to trochę mi go szkoda. Nastolatki naprawdę potrafią się doskonale podrasować na dorosłe kobiety. Bycie mężczyzną jest pełne pułapek. No co ja poradzę. I taka 13latką idąca na taką imprezę myśli, że wie, po co tam idzie, ale rzeczywistość dorosłości i sytuacji może ją przerosnąć. I to się dzieje, dlatego po fakcie dzieciak się orientuje, że jednak stało się coś, czego nie chciał. A dorosłość to jednak podejmowanie decyzji ze świadomością konsekwencji. Jasne, tej oczekuje się w tej sytuacji od Polańskiego, ale jak wspomniałam, akurat tu wydaje mi się, że naprawdę mógł nie wiedzieć, ile dziewczynka ma lat. Lolity są niebezpieczne. Dla siebie i dla innych. Właśnie przez nieświadomość. Tak, to jest ta inna strona medalu.

Ale sprawa Allena… To już inny kaliber. W sensie, to ojciec. Kurcze. A że on się nie poczuwa i nie przyznaje? No cóż. Nie wydaje mi się, że było to na zasadzie „chodź dziecię, pomolestuję cię”. Obawiam się, że można tu mocno domniemywać nieświadomość szkodliwości takiego czynu. Jak u psychopaty, który nie wie, że krzywdzi, bo ma walniętą empatię. Nie, nie tłumaczę go, bo jak już wspomniałam na wstępie, przez tę akcję przestałam go kochać. Nie przyjmuję żadnych wyjaśnień, bo tego się po prostu nie robi. Nie tyka się seksualnie dzieci, nie mówiąc już o własnych.

Przestałam go kochać w poczuciu odrazy. To się stało po prostu z biegiem czasu. Przez wiele lat sama sobie mówiłam „życie życiem, sztuka sztuką”. Nie. No jednak nie.

Nie.

Nie zgadzam się na wybiórczą odpowiedzialność. Mierzi mnie fakt, że wszyscy znamy słynne już powiedzenie „wygrywa ten, kto ma lepszego prawnika”, bo taka jest prawda. Prawo tak się popieprzyło, że naprawdę dobry prawnik dokona rzeczy niemożliwej. Uważam, że to strasznie smutne. Ta podwójna moralność prawników również. to nie pomaga światu się poprawiać. Ale jest jak jest. Natomiast, jeśli ja mam taką sytuację, że mój ukochany dotychczas twórca molestował córkę, to.. pękło coś we mnie.

Dotychczas widziałam wszystkie jego filmy, od chyba 10 lat chodzę z przyjaciółką na każdą premierę jego filmów. W tym roku nie pójdę.

Żałuję, naprawdę żałuję, że świat mówi „artysta może więcej”. Nie może. Jest takim samym człowiekiem jak każdy z nas. To, że ma talent, że tworzy coś ciekawego, nie zwalnia go z bycia człowiekiem, z zasad i tym bardziej, chce się wiedzieć, że zostawia za sobą ciekawa twórczość, bez smrodu takich czynów.

Czy jestem surowa? Nie. Zmęczona szukaniem tłumaczenia dla występków, tylko po to żeby karmić swoją egoistyczną i bezmyślną potrzebę np. zobaczenia jakieś filmu czy kupienia jakieś produktu czy usługi.

To jest ten sam mechanizm, który pozwala nam udawać, że nie widzimy, że wykorzystuje się dzieci do pracy w fabrykach, albo przemęcza i wykorzystuje do granic niewytrzymałości ludzi zwanych „tanią siłą roboczą”, czy niszczy przyrodę dla jakiś absurdalnych korzyści, które są tak naprawdę na chwilę. Nie, nie jestem aktywistką i nie mam na to czasu, ale mam dość siły i odwagi cywilnej, ale przede wszystkim świadomości, żeby zrobić to, co mogę zrobić jako konsument = nie skorzystam. Nie wiem, może po prostu traktuję proces tworzenia, kreatywność, tło, czasoprzestrzeń jako całość i takie zgrzyty psują mi percepcję i smak budząc w końcu zniesmaczenie, które nie chce zejść z kubków smakowych?

Na naszym podwórku taką osobą jest dla mnie Manuela Gretkowska. Dopóki nie zaczęłam śledzić jej publicznych wpisów na fejsie, to bardzo lubiłam jej książki. Jednak im częściej czytam jej wpisy na fb, przesiąknięte tak głęboką pogardą dla innych, a przy tym jest tak potwornie wulgarna, że nawet mnie to mierzi (a ja mam wysoką odporność na to, bo czasami sama „czuję się lepsza od innych” i klnę jak szewc), to nie mam ochoty sięgać po jej książki, bo ciągnie się w tym jakaś zgnilizna tych wpisów. Szkoda, ale nie mam poczucia spójności, a z wiekiem staję się coraz bardziej wymagająca i to jedna z potrzeb, którą chcę w miarę możliwości zaspakajać. Spójność. Jak ktoś jest artystą, to naprawdę nie znaczy, że ma większe prawo do jechania po innych bez granic. Ma takie samo jak każdy inny, czyli graniczące z ryzykiem zniechęcenia do siebie i zgaszenia zainteresowania tym, co robi. Tak, to spotyka i może spotkać każdego. Czasami warto postawić i na swoim i na chęci i woli zrobienia i wyrażenia tego, co się chce licząc się z faktem, że część ludzi tego nie zaakceptuje. To fakt. Wolny wybór.

Tylko nigdy nie będzie to wytłumaczalne tylko tym, że się jest artystą.

Co nie zmienia faktu, że sama uważam, że należy robić, co się uważa za słuszne i tak też żyję. I tyle. Moje zniechęcenie nie zmieni życia ani Woodiego Allena ani Manueli Gretkowskiej. Moja przychylność czy zachwyt nie zmienią też życia artystów, do których nic nie mam i nie wiem nic poza tym, co wiem, a co mogłoby mnie zniechęcić. Tak to działa. Sami też podlegamy tym mechanizmom. Wszyscy.

Na szczęście, bo do bani by było, gdyby jakiś artysta zmienił się pod wpływem mojej niechęci. Sama bym się z tym źle czuła. Chociaż bycie muzą jest akurat cudowne 🙂

Sama też nie ulegam dowolnie widzimisię obcych ludzi. Logiczne.

Tylko czasami naprawdę wystarczy „przepraszam”, które jednak nigdy nie pada. Problemem nigdy nie są błędy, tylko brak przemyśleń, wniosków. Zauważenia ich.

Inaczej mówiąc, artysta może więcej… wyrażać sztuką. To jedyna różnica. Nie przestaje być człowiekiem. To sztuką może więcej, bardziej, szerzej, bez granic.

A niektórym ostro się myli.

Co do Gretkowskiej to oczywiście nie stawiam znaku równości między sposobem wyrażania i podejściem, a Woody Allenem. Z Gretkowską raczej mi to zniechęcenie przejdzie, bo ona naprawdę świetnie pisze, z Allenem może… Jeśli córka mu wybaczy.

Kolega się czasami ze mnie śmieje, że mam takie a nie inne zasady.

Jakoś lepiej kogoś bawić, niż iść przez życie w przekonaniu nieomylności. Nawet jeśli się ma niesamowity talent. Tak, to chyba najbardziej nieznośna cecha u ludzi.

Albo?

Zdjęcie: Złota Uliczka. Praga 10.2018

Lubię Dzień Kobiet i być kobietą

Dlaczego lubię być kobietą?

Bo mogę o wiele więcej niż mężczyźni, a ponad to: 

  • Mogę mieć wahania nastroju i nie ma to znaczenia, czy to PMS, spadek estrogenów czy skok testosteronu. No mogę. Trzeba być idiotą, żeby uważać,  że hormony nie mają wpływu na nasze życie i percepcję. My, ludzie, jesteśmy chemią. Nasze ciało i umysł (mózg) to też wynik procesów chemicznych. Negowanie tego jest jak negowanie biologii. No można.  Nikt nikomu nie zabrania być kretynem.  Jest to o tyle dobre, że hormonami można dość precyzyjnie sterować. Jupi.
  • Mogę się poryczeć. Bo tak.
  • Mogę się nie odzywać i zamknąć w sobie i chcieć mieć święty spokój.  Mogę mieć chwile euforii i miłości do każdego człowieka na świecie, mogę mieć znudzenie każdym człowiekiem na świecie. Mogę zmieniać zdanie i odczucia jak tylko uważam za słuszne.
  • Mogę kochać swoje zmarszczki. Postępujący proces starzenia. Dopóki żyję, to mogę. Potem nie będę. Faceci tego nie rozumieją, bo ich ciała starzeją się inaczej. I faceci nie mają cellulitu. Uważam to za podłość.
  • Nie muszę robić pierwszego kroku. Jezusie drogi, jak ja to doceniam.  Zawsze mogłam powiedzieć, że jestem starej daty i nie narażać się na ten straszny stres ew. odrzucenia. Nigdy nie robiłam pierwszego kroku. Bo nie musiałam. A męża i tak mam 😛
  • Mogę bredzić. Naprawdę. Wiem  o tym. Ale też mogę mówić rzeczy tak mądre, że sama się tym podniecam.  Facet nie może.
  • Mogę nie wiedzieć, co czuję. No serio.
  • Mogę być dumna z tego, że mam x lat. Czy to oznacza dorosłość? Dojrzałość? Wiecie co? Im bardziej o tym myślę, tym bardziej mnie to śmieszy.  Nic nie oznacza. Wszystko nam się wydaje.
  • Mogę powiedzieć „kochaj mnie” i on mnie kocha 🙂
  • W temacie męża – w spełnianiu cech żony idealnej, jeśli weźmie się skalę od 1-20, to jestem gdzieś w okolicy -239. A i tak mam męża. Dlaczego? Bo on uważa,  że „wziąłem sobie takie coś i patrzę co będzie dalej”. Można? No nie wiem. Nie takie były słowa przysięgi…
  • Mogę powiedzieć „bo się poryczę” i to działa. Zawsze. Żadne argumenty rzeczowe tak nie zadziałają. Zawodowo czy nie. No dobra, nie  powiedziałabym tego w kontaktach z klientem, ale poza tym – zawsze.
  • Mogę zmieniać zdanie w sprawie emocji i uczuć. Gdy robi to facet, to jest naprawdę niepoważny i powinien dorosnąć, ogarnąć się, wstyd.
  • Mogę zrobić sobie miliony operacji plastycznych i będę na fali, nawet jeśli przestanę być podobna do siebie, to zawsze mogę mówić, że „kocham starzeć się naturalnie” albo „to wynik masażu i słów miłości”. Faceci po zabiegach upiększających są obiektami takiego wyśmiania, że aż żal. Powinno być odwrotnie. Albo nie. W sumie, nie wiem. Dopóki mogę patrzeć w lustro bez alkoholu „przed”, ba, czasami z rozczuleniem nawet, a jak mam jajeczkowanie to nawet z „wow”, to temat mnie nie obchodzi. Potem zobaczymy. Alkohol albo botoks – wybór należy do ciebie, c’nie?
  • Mogę mieć gorszy dzień i każdy powie, że to hormony. Faceci mają przerąbane, bo o nich się mówi „żona mu nie dała”. Jakie to jest upokarzające, raju. To już wolę hormony. Serio. Może jedno i drugie jest blisko prawdy, ale PMS albo inne wahania są jakieś takie bardziej godne.
  • Czy już było, że mogę się poryczeć, kiedy chcę?
  • Mogę się powtarzać. Podobno i tak nikt nie słucha.
  • Mogę śmiać się sama do siebie i to jest takie urocze.
  • Mogę strzelać focha. Mam to w pompie, że to szczeniackie i dziecinne. Odwal się.
  • No i dostaję kwiaty. I czekoladki. I bieliznę. I inne prezenty i mój uśmiech jest wystarczającym podziękowaniem.
  • Mogę być nieprzyzwoicie rozpieszczona i… nic.  Dobrze mi z tym. A kto widział rozpieszczonego faceta?? Hm??
  • A najmilsze, że jestem kobietą i wśród mężczyzn jest mi cudownie.

 

Dobrego Dnia Kobiet moje miłe 🙂

I mężczyźni, jak cudownie że jesteście 🙂

 

Zdjęcie: Kopenhaga 2016

Dziś mocno z przymrużeniem oka, a może nie 😉

Grzmoty: czyli Vogue i WO.

No to się działo w ubiegły weekend, jak już dawno się nie działo.

Wyszedł pierwszy numer Vogue. Po polsku. Nasz własny. Oczywiście redakcja złożona ze specjalistów wybrała okładkę, która budzi skrajne emocje. Gawiedź łyknęła jak młody pelikan. Afera o okładkę. Dyskusje na temat (bez)sensu wchodzenia tej ikony na nasz rynek. Oczywiście dyskusje prowadzone przez tych, którzy magazynu nawet nie kupią. Bo nie.

Wiecie, ja mam to w pompie. Kompletnie mnie to nie obchodzi, co sądzą ludzie, którzy mają generalnie mgliste pojęcie o tym, o czym mówią. Co do Vogue to bardzo się cieszę i witam na polskiej „gościnnej” ziemi. Życzę powodzenia i pomyślności, mimo że jestem poza targetem, bo mnie na większość reklamowanych rzeczy nie stać. Nawet nie będę się czarować, że moje wybory biorą marki premium pod uwagę. No nie. Nie zmienia to faktu, że magazyn jest bardzo ciekawie zbudowany, z przyjemnością go poznaję i zawodowo zachwycam się niektórymi reklamami marek z wysokiej półki cenowej. Małe dzieła sztuki. I rzeczy i stylizacje i sama reklama. Reklamy stanowią 1/3 objętości, więc jest czym się pozachwycać.

Pozostałe materiały w magazynie są ciekawe. Naprawdę. Czuć świeżość i światowe spojrzenie. Gratuluję.

A czy Polska jest na Vogue gotowa? Mam nadzieję, że tak. Mam nadzieję, że nie będziemy do końca wieku za mało atrakcyjni dla świata a świat dla nas. W każdym, pozytywnym kontekście. Ufam, że the time is now.

I tyle.


Dalej. Dziennikarki z WO wzburzyły ojczyznę moją ukochaną deklaracją na okładce „aborcja jest ok”. Ja pierdziele, przez internet przeszło tornado. Gdyby były stosy, to one by na nich spłonęły z 453 razy.

Wiecie, jest problem.

Żyjemy w pewnej kulturze. Ja to rozumiem. My to już w ogóle mamy patent na rację i jedynie słuszne poglądy. Oczywiście, że normy społeczne ulegają zmianie, są różne i niejednolite. Nawet jak je prawo próbuje regulować, to każdy normalny Polak znajdzie sposób, żeby zrobić po swojemu. No oczywiste.

Tylko co mnie momentami nudzi u dorosłych ludzi, to zachowanie, jak by nadal byli w szkole i się popisywali, cholera wie przed kim. Niebywałe jest to potępienie człowieka za posiadanie innych poglądów i narzucanie własnych jako jedynego słusznego wzorca poprawności moralnej i etycznej.

Dobrze. Podsumowując. Jak to widzę? Jako dorosły człowiek, nie chcę się przed nikim popisywać grzmiąc o karygodności cudzych czynów. Trochę luzu. Niech każdy człowiek decyduje za siebie. Nie dostanę piątki za słuszne poglądy, albo pały za niewłaściwe. Nie zrobię dobrego wrażenia krytykując kogoś personalnie. To nie moja sprawa, czy jakaś kobieta uważa aborcję za ok czy nie, czy ktoś tam zostawia żonę dla jej przyjaciółki, czy cokolwiek innego, czy ktoś szczepi dziecko, albo robi cokolwiek innego, bo uważa to za słuszne. Dopóki nie dotyczy to bezpośrednio mnie, to nie oceniam, bo życie to nie szkoła podstawowa. Ja wiem, że wszyscy o czymś rozmawiamy, mamy zdanie na każdy temat, to oczywiste i naturalne i słuszne, ale jest kolosa różnica między zdaniem na temat, a zdaniem na temat człowieka, który ma inne zdanie.

Naprawdę, gdy ktoś mi jedzie krytyką po kimś, kto ma inne podejście do czegokolwiek, to ogarnia mnie już znudzenie. No bo co? No aborcja jest dla nich ok. No dla mnie czy kogoś innego nie jest, no i co? No nic. Kompletnie nic. Każda z nas ma prawo myśleć i czuć na ten temat jak chce.

I to dotyczy milionów innych kwestii, które generują rozbieżne poglądy. No mamy różne zdania. No i? Serio nie ma się czym podniecać.

Naprawdę wystarczy opublikować tak subiektywne zdanie, dotyczące osobistych kwestii, na okładce, żeby wywołać taką burzę? A ci, ci krytykują to są oczywiście świętościami bez skazy? Hm? Ich poglądy i podejście jest autostradą do nieba. Zapewne.

Szkoda życia na popisywanie się przed innymi, jakie to się ma super podejście na cudzym tle. Tak naprawdę wszyscy i tak robimy swoje. Więc niech każdy ma spokój z wyrażeniem na głos swojego zdania.

Czy więc ta okładka robi źle sprawie liberalizacji przepisów aborcyjnych? Nie. Przecież właśnie o to chodzi, że kobiety (i mężczyźni) mają różne podejście. Żadna okładka tego nie zmieni, bo to nasze wewnętrzne oceny. Po prostu szanujmy wzajemnie tę różnorodność. Akceptujmy. Widząc taki czy inny tekst, pomyślimy „ok, to Twoje podejście i spoko. Mam inne (bądź mam podobne)”. Czasami i tak ciekawie jest porozmawiać, gdy właśnie ma się różne podejście. To o wiele ciekawsze rozmowy niż z kimś, kto myśli jak my, no bo o czym tu rozmawiać? Oczywiście jeśli to dla nas komfortowe, przybijamy piąteczkę i jest miło. A gdy ktoś myśli i odbiera temat zupełnie inaczej, to już jednak trzeba wysilać szare komórki, żeby o tym porozmawiać. I też przybijamy piątkę, za wolność wyboru.

Tylko i aż tyle, bo to i tak będzie krok milowy od zmuszania do jedynie słusznego podejścia.

Reakcja oburzeniem na odmienność naprawdę jest zacofanym zachowaniem. Stać nas na więcej i lepiej.

Zdjęcie: ja i Vogue.pl

Telefon

Sytuacja z życia.


JA.

Dzwonię.

ON nie odbiera.

Rozłączam się, bo może nie może rozmawiać. Idę do łazienki. Zadzwonię później.

Słyszę, że dzwoni telefon. No trudno. Zęby myję.

Wychodzę. ON oddzwaniał. No wiedziałam. Dzwonię ponownie. Odbiera.

ON: co tam?

JA: w sumie nic. Tak tylko chciałam… Ale dobra. Później.

ON: serio? No mów.

JA: oj tam. Pierdoła. Wieczorem ci powiem. Kocham Cię.

ON(wzdycha) : no ja ciebie też.


ON

Wysiadam z samochodu. Walczę z grawitacją, laptopem, dwoma telefonami i jakimiś materiałami w kartonie. Nogą zamykam drzwi, dzwoni telefon. Nożkurka.

Otwieram drzwi, odkładam rzeczy z jednej ręki, wyciągam telefon : ONA. Nie zdążyłem.

Oddzwaniam. Nie odbiera.

Chowam telefon, biorę znów rzeczy do drugiej ręki. Zamykam nogą drzwi. Walczę o wolny palec, żeby włączyć alarm.

Dzwoni telefon.

Wykorzystuję wolny palec, żeby odebrać. Pytam „co tam?”, czując jak drętwieje mi druga ręka.

ONA: w sumie nic. Tak tylko chciałam…

🙂


Spisałam to, bo się okazuje, że nie tylko ja tak mam. Z rozmów ze znajomymi facetami dowiedziałam się, że my mamy totalnie niesamowity dar dzwonienia z bzdurami w kompletnie nieodpowiednim momencie. Facetowi świat leci na głowę, a my chcemy… Właściwie nic ważnego.

Też się z tym spotykacie? 🙂

Jak dla mnie to jakaś magia.

Ostatnio oglądaliśmy „Templariuszy”. Faceci w pełnym oblężeniu, patowa sytuacja, walczą o życie, za chwile zostaną zaatakowani. Jestem przekonana, że gdyby istniały wtedy komórki, to właśnie w tym momencie zadzwoniłaby kobieta każdego z nich, żeby usłyszeć jego głos.

W jednej ręce miecz, w drugiej komórka.

PS. Dlatego używa się zestawów głośnomówiących albo słuchawek. Proste 🙂

Zdjęcie: prowadzę i rozmawiam. Bo mogę 🙂

PS. On nigdy nie trafia w ten moment, gdy naprawdę wolałabym, żeby teraz nie dzwonił. Nikt. To przecież jednak bardzo rzadkie chwile. Jak to się dzieje, że my trafiamy, to naprawdę nie mam pojęcia.

Kinowe hity i kity

Dzisiaj krótko ina temat.

Dwa filmy + bonus

KIT

„Pokot.” W końcu jest na HBO, to obejrzałam. Owszem, czekałam na niego bardzo.

Wrażenia? Jakby to delikatnie ująć… Mieszane. Uwielbiam zwierzęta. Naprawdę. Gadam z ptakami, z psami i kotami. Cierpię widząc przejechanego lisa czy jeża. Myślistwo mnie mierzi, ale niestety sporadycznie lubię zjeść dziczyznę i generalnie jem mięso. Sumienie szarpie mi oglądanie filmów o warunkach masowych hodowli. Naprawdę uważam, że nasz stosunek do zwierząt jest nie hallo. Ale nie wojuję z tym nawet w dyskusjach, bo gadanie dla gadania uważam za stratę czasu pseudointelektualistów i innych pseudo. „Pokot” mógł być filmem, który trafia w serce i duszę i może trochę do rozumu ignorantów . Niestety nie jest przez zakończenie. Szkoda. Jak cholera. Temat przerósł twórców. Nie mam jednak pretensji, bo trudno jest nie wychodzić przy tym wątku na ekooszołoma. Świadomość ludzi jest na strasznie różnym poziomie. Wielu nadal uważa, że jesteśmy gatunkiem, który msma zjadać albo zabijać wszystko, co nie jest w stanie uciec albo się obronić. Głupie, ale prawdziwe. Daleka droga. „Pokot” jej nie skróci.

HIT

Gotowi na wszystko. Exterminator.

Na ten film raczyłam ruszyć szanowny tył do kina. Zwiastuny były zabawne, ale jak to bywa w filmach, często zawierają wszystkie zabawne fragmenty. Nie tym razem! Już dawno aż tyle nie śmiałam się na filmie. Do tego świetnie ujęty temat marzeń, pasji itd. Bardzo gorąco polecam. Szczególnie też pod względem wątku, jak ważne jest trafiać na przychylność i odpowiednich ludzi. Ale też mamy przykład tego, że czasami trzeba z przyjemnością pokazać komuś „fuck you” z dziką satysfakcją dla własnego poczucia wartości. Świetny film. Polski.

Bonus.

„Chata”. Słyszałam o nim już od jakiegoś czasu, ale nie miałam okazji. W końcu się udało. Poleciłabym ten film ateistom, bo nie mam nigdy słów, żeby wyjaśnić co znaczy dla mnie „wierzę w Boga”. Jakoś to zawsze wychodzi upośledzone, ograniczone i jak zaczynam nawet o tym mówić, to czuję, że bredzę. To jak mówienie o miłości. Trudne, żeby nie było płaskie. Ten film to naprawdę bliskie wyjaśnienie postrzegania Boga. Moje.

I na razie to tyle.

Pora na kawę 🙂

Zdjęcie : mua na tle Exterminatora 😉

PS. Metal jest na końcu mojej listy ulubionej muzy, ale jak nikt mówię „zuuuuo”. He he he.