Spacer po Pradze cz. 2

Tytuł tytułem, życie, życiem.

W dniu rocznicy, popłynęliśmy w rejs. Po Wełtawie. Raz się żyje.

 

Zostawiam miniatury, bo pogoda była jaka była i zdjęcia są jakie są. Niemniej, podpowiem, że na taki rejs można kupić bilety na stronie WWW 

Mieliśmy godziną wersję, bo wydawało mi się, że to i tak długo, ale spokojnie wzięłabym jednak wersję co najmniej tę dwugodzinną. A na inny dzień jeszcze wieczorną. Jak na pierwszy raz było jednak bardziej niż OK i wystarczająco. Fajne przeżycie. Nie pamiętam nawet, kiedy ostatnio płynęłam w jakiś rejs. Teraz przynajmniej to będę pamiętać 🙂

 

Od razu dodam, że szykując się do tej podróży, jak rzadko bardzo dokładnie rozplanowałam poszczególne dni. Kierowałam się tym, co ja bym chciała zobaczyć i co chce zobaczyć Marcin. Przeważnie podróżując zdajemy się na „będzie OK, tak jak będzie” (tak zobaczyliśmy Holandię i faktycznie było OK), ale w przypadku tej podróży chcieliśmy lepiej wykorzystać ten czas optymalnie (czyli też bez pośpiechu), bo to raczej oczywiste, że takich miejsc to i w miesiąc się nie zwiedzi. Dlatego było kilka punktów, które były „must see” i kilka „fajnie będzie jak się uda”. Na rejs kupiłam bilety jeszcze przed wyjazdem. Bo bardzo chciałam nie mieć pretekstu, żeby odpuścić (a odpuściłam z Tańczącymi Fontannami, bo wieczór był po prostu dla mnie już za zimny, ale następnym razem nie odpuszczę ;-).

W planowaniu pomocny okazał się: blog przewodnika po Pradze ,a w rekomendacji miejsc do jedzenia bezcenny również  https://pl.tripadvisor.com/. Hotel jednak poszedł przez booking.com. Ale tu pewnie każdy ma swoje preferencje.


Ściana Johna Lennona robi wrażenie, bo stojąc przed nią można zdać sobie sprawę, że ilość możliwych kombinacji do zdjęć jest tam chyba nieograniczona:

Stworek z wielkimi oczami rozwala. Jego małe buty szczególnie. Można spędzić tam godziny po prostu przyglądając się szczegółom. 100% slow life 😉

 

 

 

Mamy problem

Macierzyński monodram

Tak. Mamy problem.

Sympatyczny monodram macierzyński.

Czy są tu matki? Ja niestety nie jestem mamą, więc oglądam wszystko związane z macierzyństwem jak science fiction. Ten spektakl ubawił mnie momentami do łez. I rozczulił. I tak znam macierzyństwo z obserwacji chociażby koleżanek matek. Fajne było to, że jakoś śmiech w niektórych momentach szczególnie wskazywał na to, że śmieje się matka.

Więcej o spektaklu TU. Brawo dla Magdaleny Bochan-Jachimek. Tak poruszać się między nastrojami to sztuka 🙂

Jak to M. podsumował „Tobie naprawdę chciało się jechać do Gdyni na monodram o matce małego dziecka?”

Boginie, jak on czasami nic nie rozumie 🙂

No polecam gorąco niematkom też. I nawet mężczyznom, których na widowni nie brakowało. Cudnie.

Pilzno. U źródła

Mekką każdego fana piwa jest Pilzno. Ja fanem piwa nie jestem, ale ciekawa miejsca jak najbardziej.

cof
Pilzno, jedna z bocznych ulic rynku
cof
Pilzno, Rynek. Kamieniczki prześliczne. Tylko Słońca zabrakło, żeby to wydobyć do końca.
cof
Pilzno, muzeum historii piwa
sdr
Pilzno, stara metoda na zapamiętanie, gdzie zostawiło się samochód. Robisz fotę parkingu.
cof
Pilzno. Wejście.
cof
Pilzno. Purkmistr. Na ścianie ładnie widać chmiel.
sdr
Pilzno. Stare budynki. Jak na moje oko, to to kiedyś była wieś, ale została wchłonięta w granice miasta.
sdr
Pilzno. Purkmistr. Jeszcze przez moment było pusto, a potem zrobił się tłum. Magia.
cof
Pilzno. Piwo. Piwo w Pilznie.
cof
Wołowina z knedlikami w sosie.
cof
Ja jednak tradycyjnie: łosoś.

Adres restauracji: http://www.purkmistr.cz/ . Polecam.

Poniżej browar w Piznie (mają tam cudowny sklep z piwem i gadżetami), ale to co najlepsze, bo jeśli mamy np. wśród bliskich fana piwa, to można nabyć butelkę z piwem nalewanym na miejscu (butelka w takim starym stylu, zamykana na taki korek). Gratka jak nie wiem co.

cof
Wejście do browaru. [werble]
cof
Wejście do restauracji w browarze [niestety, taki tłok, że trzeba zapału, żeby czekać na stolik. Nam go zabrakło]

22528603_2388302364728207_1687334175965802115_o
Pilzno. Spacer bo browarze. Jak to kolega ładnie opisał „jakby was szatan opętał”. Co najmniej 🙂

Samo Pilzno zaskakuje spokojem. Miasto jest w końcu miejscem powstawania tego kultowego piwa, nie jest takie małe, jest zaledwie 100 km od Pragi (samochodem jakąś godzinę bez pośpiechu), a różnicę w klimacie i cenach (chociaż Praga taka zła nie jest, jak ją niektórzy rysują w tym względzie, naprawdę, ale o tym innym razem) 🙂 widać kolosalną. Jest spokojnie, tylko jeszcze warto trafić w ładną pogodę, bo inaczej chodzi się po knajpach, je pyszne ciasta, pije kawę za kawą i tyle 🙂

Ale miasto spokojnie na kilkukilometrowy spacer po starym rynku i okolicach a potem właśnie na wyjście do browaru, nabycie trunków i na koniec wycieczki obiadokolacja na świetnym miejscu, a wszystko w najlepszym towarzystwie. Jeśli chodzi o Pilzno, to chyba udzieliła mi się radość męża, bo Pilzner Urquell to jego ulubione piwo. Niestety prawda jest taka, że to eksportowe – mimo że rozlewane w Pilznie – nie jest aż tak nasycone. A może to tylko wrażenie, chociaż organoleptycznie sprawdzający to ML powiedział, że sama prawda. Kto sobie sprawdzi, ten sam oceni.

 

Cóż więcej trzeba do szczęścia.

Dawne dzieje

Zatrzymam się na chwilę tutaj. Na Hradczanach. Prawda jest taka, że uwielbiam klimat wiekowych budowli, ten zapach starych kościołów, zamków i pałaców, podziwiam ich architekturę.  Chodząc w takich miejscach, słyszę średniowieczny śpiew, zapach kadzideł i palonych świec, ten okropny i posępny klimat, widzę oczyma wyobraźni (i obrazów z obejrzanych filmów)  grzmiących o piekle i karze kaznodziei. Doceniam kunszt zdobień, grę światła. Widzę królów siedzących na tronach w salach tronowych, widzę ludzi tańczących w salach balowych w tych ciężkich i niewygodnych strojach. Przechodząc uliczkami słyszę tętent końskich kopyt na bruku. No cudowne to jest.

Ale ML ma do tego taki stosunek: No piękne, piękne, ale idziemy dalej.

No to idziemy 🙂

Zdjęcia: Hradczany, Katerda Wita, Zamek i okolice. Praga 2017.

 

Złota Uliczka – Praga

Ze Złotą Uliczką miałam kompletny luz, bo to ML chciał ją zobaczyć. Ja nie, bo wykazałam się totalną ignorancją i straciłam 10 punktu szacunku w jego oczach, gdy na tekst „Ja bym chciał zobaczyć Złotą Uliczkę” zareagowałam „Czyli co?”. Ej, on też nie widział, czemu mi zależy tak bardzo na moście Karola. OK, ja też nie wiem, czemu mi tak zależało, ale tak było. Pewnie z podobnych powodów zależało nam na tych miejscach. W każdym razie…. przejdźmy się Złotą Uliczką. A ja dokończę myśl:

sdrmdecofcofsdrsdrcofsdrcofcofmdebmdbtybdrbdrbdrbty

bmd

mde
TadaM! Nasi tu byli.
sdr
Bardziej współcześnie. Kawałek historii kina.

MLe na Złotej uliczce

 

W każdym razie, zakończenie jest takie, że ja byłam zachwycona (bo nie miałam totalnie żadnych oczekiwań i po prostu mi się podobało), a on podsumował „to wszystko? phi”.

Także najlepiej sprawdzić samemu.

Spacer po Pradze cz. 1

Podróżować można na dwa sposoby, a nawet trzy albo i więcej.

  1. Szerokim łukiem omijasz miejsca polecane przez przewodniki. Szukasz oryginalności poza nimi.
  2. Idziesz jak owca po linii wyznaczonej przez przewodnik i odwiedzasz każde polecone miejsce.

  3. Trochę 1. trochę 2.

Ja jestem typ 3. Uwielbiam zobaczyć miejsca kultowe (bo one są jak wizytówki miejsc), ale kocham też odwiedzać miejsca, których nie znajdziemy w przewodnikach. W Pradze raczej takich nie widziałam, bo nie było na to czasu. Mieliśmy ustalone, co koniecznie chcemy zobaczyć, gdzie być, wejść, powąchać, dotknąć, obfocić z selfiestickiem i posmakować.

Tak. Taką Pragę poznałam i za drugim razem mogę się poszwędać byle gdzie. Pierwszy raz był jednak cudowny. Czy warto? Niech każdy oceni sam, ja wiem, że bardzo tęsknię. Szczególnie za piwem (chociaż generalnie nie lubię piwa, ale o tym w notce o kolejnym mieście). Teraz zapraszam po spacer po praskim starym mieście:

Most Karola i nie tylko:

  1. btybdrbtybtybdrbdrbdrbdrbtybtysdrsdrsdr
  2. Trochę bezczelnie zajrzałam przez okno restauracji: sdr
  3. Podobno to kultowe. Zjadłam połowę, bo dla mnie to zdecydowanie za duża porcja. ALE: lody przepyszne, po prostu przepyszne, a część wyglądająca jak rożek, to rodzaj ciasta obtoczonego w cukrze. Słodkie w diabły 🙂
  4. sdr Stary Rynek. Zaraz z Ratuszem z zegarem astronomicznym. Tym poniżej: cofcof
  5. Jedna z bocznych uliczek. Tak sobie trochę chodziliśmy na ślepo, dla poczucia klimatu, poczucia miasta, i po prostu bo po to tam pojechaliśmy.
  6. sdr
  7. W drodze na Hradczany i z.  cofsdrsdrbty
  8. Trafić na taką pogodę to był bonus sam w sobie.

Seriale HBO dla których warto zarwać noce

Kto ma HBO GO też rządzi. Nic nie poradzę.

Jak się już rządzi, to można sobie zarządzić zarywanie nocy. Nie każdy serial dał nam tę możliwość, bo HBO nie jest takie łaskawe i dawkuje niektóre serie, ale i tak warto czekać. Niektórych nie dawkuje i można zarwać noc, spędzić weekend na kanapie przekładając się z jednej strony na drugą z przerwą na papu. Dziś podam moje TOP 9+1 (pomijam takie kultowe odwiecznie oczywistości jak „Seks w wielkim mieście”):

  1. Gra o tron. – bez komentarza. Wiadomo.
  2. Wielkie kłamstewka – fantastyczny. Również bez dodatkowego komentarza.
  3. Westword. Nie znasz? Nie rozmawiam z Tobą.
  4. (Miasteczko) Twin Peaks (obie serie + film) – Lincha trzeba czuć. To znaczy czuć to się go jeszcze da, ale końcówką to nawet mi rozwalił system. Nienawidzę go. I kocham. Nie wiem co bardziej. Tak się nie robi. Ale kocham za abstrakcję. I tyle.
  5. Młody Papież (kocham, do końca)
  6. Pakt (polski i dobry)
  7. Gwiazda szeryfa (Tin star). Popieprzony. Tak w sam raz na weekend.
  8. [rokujący] Kroniki Time Square. Niestety ten też idzie pojedynczymi odcinkami, a ja tak lubię wejść w świat i sobie w nim posiedzieć.
  9. Rozwód (ale jest tylko 1 sezon 😦 Ubawił mnie jednak momentami do łez. Czekam na kolejne sezony, ale coś mi się zdaje, że nie będzie.

Lubię zaglądać do „Figurantki”, ale nie mogę złapać flow na zarywanie nocy. To samo z „Graczami” i „Californication”.  Czaję się na „Watahę”.

Czyli co? Lubię to co wszyscy: seks, krew, pieniądze. [Mlask].

  • bonus od mojego męża:
  1. Tabu (bo to nie mój klimat), nie wiem, może czegoś ma za mało i czegoś za dużo i już mnie nie porywa. Życie.

Poza HBO – no wiadomo. „Doktor Who”. A wieść gminna niesie, że będzie kobietą. Ja już czekam. Na inne kanały już za bardzo nie mam wolnego czasu. Comedy central też wiadomo, gdy chce się zamęczyć na amen „Teorię” czy „Przyjaciół”, ale poza tym? Co warto zobaczyć?

Hm?

Bo chyba coś tam jeszcze zostało w kosmosie do zobaczenia w obszarze seriali, prawda?
Zdjecie: mój kanaping serialowy. lato 2016.

 

 

 

 

Pasaż kulturalny

Dawno nic nie polecałam i nie mam żadnego wytłumaczenia. No dobrze, mam, trafiałam na zbyt wiele treści, które były dobre na raz i generalnie nic we mnie nie pozostawiły. Nawet dobrego wrażenia. Więc cóż. Są 4 tytuły, które jednak chcę polecić. Dwa filmy i dwie książki.

Zacznijmy od filmów:

  1. Król Artur. Legenda miecza. (2017)

Wydawało mi się, że tę historię opowiedziano już w każdy sposób. Lepsze, gorsze, beznadziejne, fantastyczne, ale jednak w każdy. Okazuje się, że nie. Zakochałam się w tym filmie. dynamika, budowa, rozmowy, zdjęcia, efekty. Bardzo na tak.

Mój lubiony kawałek:

  1. Początek (2014)

To starsza pozycja, ale wcześniej jej nie znałam. Lepiej późno niż wcale. Fascynujące podejście do genetyki, ale i reinkarnacji. A co jeśli się odradzamy, czy mogłyby być tego dowody? Co na to może powiedzieć nauka? Nie wiem, ale polecam film. Naprawdę warto. Nie jest to oczywiście film wszech czasów, ale czasu przy nim nie zmarnowałam.

A teraz dalej:

Dojrzewanie do określonych książek to taka trudna sprawa. Są książki, które stoją na moim regale od dawna. Po kilku stronach odkładam z powrotem, bo nie możemy złapać wspólnego rytmu. Jednak przychodzi pora, że słowa zaczynają płynąć odpowiednim nurtem przez moje myśli i czytana opowieść płynie w mojej głowie, aż z niechęcią dochodzę do ostatniej strony. Dwie książki doczekały takiego momentu. Hm. No jedna i pół :

  1. „Kobieta i mężczyźni” Manueli Gretkowskiej.

Okazuje się, że po 40tce pokochałam jej język i jest szansa, że wejdzie na listę moim ulubionych pisarek. Bardzo podobają mi się metafory, jakimi operuje. Pasują. Podoba mi się, jak zbudowane są postaci. Bez przesady, bez niedosytu. Tak się opowiada. Opowieść o kobiecie. I mężczyznach w jej życiu. Ale nie tylko. To powieść intuicyjnie życiowa. Nawet jeśli nie o naszym życiu, to nie jest oderwana od rzeczywistości. A trafne opowiadanie o rzeczywistości wcale nie jest takie oczywiste. W tej pozycji mamy dość ciekawe podejście do uczciwości wobec siebie. Ciekawa też jestem, czy kolejne tytuły też tak odbiorę. Ale spokojnie. Nie wszystko na raz. Teraz jestem w połowie:

  1. „Shantaram”. Gregory David Roberts

Książka nazywana jest Świętym Graalem. Wg mnie lekka przesada, ale na pewno warta poznania. Zderzenie światów, niby znajomych (dla jednych czy drugich), mieszanka fikcji i rzeczywistością, jaką ludzie z reguły znają tylko… z książek, albo filmów. Fantastyczne myśli przeplatają się między dialogami. Ale to już warto zaznać osobiście. Jak wspomniałam jestem w połowie. Może druga połowa mnie rozczaruje? Nie… Chyba.

Chociaż od razu uprzedzę, ta książka ma jedną kolosalną wadę: przed objętość strasznie niewygodnie czyta się ją w łóżku 🙂

Tak. Polecam.

Taka jeszcze moja życiowa trochę refleksja: Nie ma złych książek. Po prostu do niektórych trzeba dorosnąć. Lepiej późno niż wcale. Na niektóre nigdy nie jest nasza pora, bo są one po prostu dobre dla innych. Jeśli jakaś książka ma swoich miłośników, albo daje komuś cokolwiek, cokolwiek pozostawia ślad w pamięci, to już jest dobra. Co innego filmy, które można naprawdę łatwiej ocenić, ale książki są, mogą być, zbyt wielowymiarowe w skutkach. To, że coś nie trafia do nas, naprawdę nie świadczy o niczym poza to, że nie trafia do nas. Jeśli coś jednak trafia, to cóż. Dobra nasza. Książka zawsze będzie miała tę przewagę, że wpływa na naszą wyobraźnię stymulując ją. Filmy zawsze będziemy cenić za gotowce. A wrażliwość każdego i tak dopowie sobie i przetworzy to po swojemu. Moja ostatnio miała używanie przy powyższych pozycjach.

Patrząc na swój regał, na niektóre tytuły, które czekają na swój czas, zastanawiam się, czy przyjdzie. Lubię wierzyć, że książki wybieram nie bez powodu i skoro kiedyś po nie sięgnęłam, po przemyśleniu zdecydowałam się kupić, to znaczy, że mam je przeczytać. Ale spokojnie, większość czytam jednak od razu i do końca 🙂

Strasznie lubię książki, które jednak coś ze mną robią. Chcę od nich czegoś, czego nie da żadna inna forma. Chociaż to może być złudny klucz, bo nawet książki kucharskie to w sumie potrafią… Raczej to kwestia etapu życia, punktu, stanu. I tyle. Teraz u mnie jest pora na to co powyżej.

Zdjęcie: jak widać 🙂

Kraków. Smaki.

Zapraszam na smaczną wizytę w Krakowie. To miasto jest na liście moich ukochanych i wracam tu zawsze z przyjemnością. Chodź ze mną, bo tym razem opowiem o jedzeniu (ale będzie krótko, obiecuję):

Rowerowe cienie. Ładne, prawda?

Przerwa na kolację:

sdr

sdr

Restauracja przy ul. Floriańskiej. Wchodzi się przez bramę i jak widać sama sala restauracji jest zaadaptowanym dziedzińcem. Tym naprawdę jest wyjątkowa. Chociaż pewnie nie w Krakowie, bo tu osobliwością są normą 🙂

Dania były przepyszne, ale co nie umykało uwadze, finezyjnie podane. Niestety nie zapamiętałam (nie zapisałam) nazwy restauracji a przez to nie sprawdzę też nazwy dań, ale jeśli kojarzysz to miejsce, to podaj adres w komentarzu, bo jest warte polecenia.

Update : znalazłam (z wyrazami podziwu dla szefa kuchni) . To restauracja „Pod różą”. Dania, które dopieściły moje podniebienie :

Mus z koziego sera, burak, pistacja, ocet.

Łosoś, ramanesco, kalarepa, pumpernikiel, sos gribiche.

Na zdjęciach jest jeszcze przystawka, której nie ma na karcie. Dostaliśmy ją jako bonus od szefa kuchni. To musi być pasjonat. Bez dwóch zdań.

Bardzo mi się podobało, że nazwy są tak proste i minimalistyczne. Właściwie zawierają skład. Szef kuchni wyszedł ze słusznego założenia, że wygląd i smak powiedzą istotę.

Wbrew pozorom dania są sycące.

Kolejne miejsce z cudownym jedzeniem. Żydowska restauracja na Kazimierzu. Ariel. nie dość, że jedzenie przepyszne, to miejsce klimatyczne jak i kelnerzy z dobrą energią.

Tu naprawdę polecam następujące pyszności:

Zupa berdyczowska z wołowiną, miodem i cynamonem

Karp po sefardyjsku duszony z pieczarkami i cebulą

Sernik Pascha

Wzięłam je, chociaż generalnie nie lubię ich nigdzie indziej. Z jednej przyczyny: muszą być doskonale przyrządzone. Tam są.

Na Wawelu jest włoska restauracyjka, ale tam skusiłam się tylko na krem z pomidorów.

I co?

Mówiłam, że będzie krótko 🙂