Nie zmieni się świata na siłę

Nie nauczy się nikogo akceptacji czy tolerancji.

Ewolucja poglądów to proces, który do tego hamowany jest konserwatyzmem i oczekiwaniem konsekwencji.

Mówiąc, że homofobia to zło, niczego niego się nie uczy. W takich sprawach ważne jest tylko to, żeby nietolerancje olewać. Nie pozwalać, by była ona źródłem dyskryminacji. To wszystko. Ludzkie odczucia są w zasadzie niezależne od nich. To tak, jakby zmuszać kogoś do miłości. Nie działa.

Zmiany takie mogą zachodzić wyłącznie od środka i na własne życzenie.

 

Zdjęcie: Zatoka Gdańska , 2018

Gdy trzeba puścić rękę – krótka notka o przyjaźni

Podobno prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Szkoda, że przysłowie jest nieprawdziwe. Prawdziwi przyjaciele są z nami i w problemie i w czasach pomyślności. Wbrew pozorom nie jest to wcale oczywiste.

Czytaj dalej „Gdy trzeba puścić rękę – krótka notka o przyjaźni”

Zatańcz ze mną – czyli Międzynarodowy Festiwal Tańca w Lądku-Zdroju 2018

 

Jak mnie nie ma, to mnie nie ma, ale jak jestem, to jestem 😉

Jedną z moich pasji jest taniec. Traktuję to jak sposób na wy/przeżycie emocji. Takich codziennych. Oderwanie od rzeczywistości, którą kocham, jednak która czasami mocno mnie napina. Taniec pomaga mi to rozładować, bo zatracam się w tym jak mało w czym innym. Tak. Kocham to moim małym amatorskim sercem.

Gdy na początku roku przeczytałam „jedziesz z nami do Lądka 07.07-15.07?”, powiedziałam sobie, że jak nie teraz, nie w tym roku, to nie wiem kiedy i czy w ogóle (bo pomysł powracał od kilku lat i pojawił się na mojej liście marzeń, tylko jakoś się nie składało, a ja nic nie robię na siłę). Z niektórymi rzeczami nie można zwlekać, bo przepadną, więc jak „the time is now”, to się działa.

Sprawa była trochę trudna, bo 07.07. mam urodziny, których od 30tki nie obchodzę imprezą, ale jednak nie uciekam od życzeń i mam swoje rytuały. Chciałam pojechać, ale z M. No i powoli szła sobie organizacja wyjazdu (właściwie to organizacją zajął się najlepszy kierownik wycieczki). W międzyczasie wydarzyło się kilka sytuacji, przez które myślałam, że nie pojadę, ale jakoś końcem końców udało się. Co prawda jednak bez M. Czy żałuję? Z perspektywy czasu: nie. On też, bo słuchając moich opowieści stwierdzał, że nie wie po co miałby tam być, skoro ja ciągle przebywałam z jakimiś ludźmi, na jakiś warsztatach, albo sama-sama (lubiłam np. sama spacerować, odkrywać po swojemu nowe miejsca, albo posiedzieć nad rzeką itp.) Tak, z perspektywy czasu wszystko wyszło idealnie.

Więc 07.07.2018 wyruszyłam z grupą pozytywnych wariatów na jedną z przygód życia.

Ale, tak opowiadam a nadal nie wiadomo o co chodzi. Do rzeczy. Co roku, od 20 lat (w tym roku było akurat 20-lecie) odbywa się w Lądku-Zdroju Międzynarodowy Festiwal Tańca.

Do szczegółów oficjalnych odsyłam na strony. Linki poniżej. Ja się tylko dziwię, że impreza ta jest tak słabo nagłaśniana i promowana przez różne media. Jest naprawdę warta polecania już od zakończenia bieżącej edycji, po to, żeby ew. zainteresowali się nią ludzie, którzy planują urlopy ze sporym wyprzedzeniem (ze względu na siebie, albo dzieci, albo jedno i drugie). Dla mnie był to pierwszy raz. W Lądku-Zdroju też 🙂

Co mi dał ten festiwal, co mnie zachwyciło, co zaskoczyło?

  • 6 dni intensywnych ćwiczeń, warsztatów i treningu. Ja akurat wybrałam delikatnie, 2 zajęcia: na rano i popołudnie (każde trwają 1,5h). Delikatnie, bo rekordziści mieli po 4 warsztaty na dzień. Średnia to 3.
  • Experimental u Roberta Jażdżewskiego: Coś zupełnie innego, oderwanego od pozostałych technik i dlatego mnie zaintrygowało. Jak było? Fenomenalnie nie lekko. Fajne jest to, że na zakwasy nie ma nawet czasu. Bengay i jedziesz. Ćwiczyć, ćwiczyć i ćwiczyć. Tęskniłam między zajęciami za moim francuskim masażystą, ale to nadrobiłam po powrocie. Rany na kolanach i spaloną skórę na kości ogonowej od ślizgów po podłodze jeszcze goję, ale spokojnie, to nie wina treningu jako takiego, tylko tego, jak bardzo nie umiałam prawidłowo wykonywać ruchów. Motywacja do rozwoju i dalszego trenowania jak żadna inna, bo marzysz tylko o tym, żeby zrobić to LEKKO i w miarę poprawnie, bez ranienia ciała, bo wtedy to jest nawet przyjemne. UWAGA! Jeśli to brzmi zniechęcająco, to pozory. Samemu trenerowi i innym dziewczynom w grupie wychodziło to zdecydowanie lepiej, no ale to też ludzie z innym doświadczeniem (się pocieszam) 😀 I tak uwielbiam Robsona za cierpliwość, wyrozumiałość i nieskończoną ilość powtórzeń, które z nami robił. No i hej, było ok. 40 technik tanecznych do wyboru, a ja wybrałam coś na (dla mnie) „wysokie C”. Jestem wojownikiem, biegnąca z wilkami, amazonka i cholera wie co jeszcze, a wybieram takie miejsca i ludzi, gdzie czuję flow, bo inaczej wychodzę. Tu nie wyszłam ani razu. Okazało się, że experimental to moje drugie imię, chociaż jak to ujął M, po obejrzeniu występu „cała ty, zatańczyłaś swój własny układ” 🙂 A! W tym miejscu muszę podzielić się ze światem z dumą: Nasz gdański instruktor – właśnie Robert Jażdżewski został honorowym obywatelem Lądka-Zdroju za współtworzenie festiwalu i promowanie tańca. How cool is that? Jak dla mnie kompletnie słusznie, bo to niesamowity człowiek. Wbrew moim opisom experimental to nie tylko taneczny masochizm, ale przede wszystkim praca nad ciałem i oddanie się muzyce. Serio. Było cudownie a układ miał w sobie magię i mógłby być dłuższy, gdyby festiwal trwał dłużej 🙂
  • Na festiwalu, na moje oko, było kilkaset osób, w tym dzieci, (wiele z technik jest dla dzieci), ale kompletnie się tego nie czuło. Lądek jest najspokojniejszym miejscem na świecie.
  • Choreoterapia u Edilsona Ribeiro de Lima, drugi magik wśród instruktorów i zajęcia z których nie wyszłam: każdy ma coś do przepracowania. No chyba. W każdym razie ja mam. Za dużo stresu, który mimo że kocham, to on mi za bardzo blokuje mięśnie, ścięgna i co tam jeszcze mamy w ciele i jeszcze kilka innych spraw, których nie rusza nawet moja terapeutka 🙂 Taniec jest idealny na rozpracowywanie tego. A choreoterapia zrobiła to na dziesiątki sposobów. Tak szalonych rzeczy (i z wykorzystaniem rożnych gadgetów) nie robiłam już dawno, o ile nie nigdy 🙂 To co wspominam szczególnie: taniec bez odrywania oczu od oczu partnera. W życiu nic takiego nie przeżyłam. Nie pomyślałabym nawet, że się da. Ja np. nie daję się prowadzić tak łatwo (ani w tańcu ani w życiu), więc jeśli już w to wchodzę, to musi być naprawdę dobry osobnik po drugiej stronie (zaufanie rulez). Tym razem było fenomenalnie. Może dlatego, że mężczyzna, na którego trafiłam, ma cały świat i ogień w oczach. Nie chce się oderwać spojrzenia. (Przez te 3-4 minuty można zobaczyć i wyrazić dużo). Co ciekawe, naprawdę można prowadzić dialog w tańcu samym wzrokiem, ew. też dłońmi. Do tanga. Mistyczne przeżycie. Chyba zacznę to stosować w życiu i gdy ktoś będzie budził we mnie emocje, do których nie chcę słów, powiem „zatańcz ze mną, jeden kawałek, bez słów, jedynie patrząc sobie w oczy”.
  • Z resztą było w Lądku kilka chwil, które pokazały mi, że jesteśmy jako ludzie połączeni ze sobą w niesamowicie niewysłowiony sposób. Niby o tym wiem, niby co rusz mam takie przeżycia, gdzie ta chemia, to zrozumienie bez słów, porozumienie dusz dają o sobie znać, ale tam było to bardzo, bardzo specyficzne i skumulowane. Uwielbiam takie chwile, gdy czuję specyficzne porozumienie między totalnie różnymi ludźmi, bez praktycznie – na pierwszy rzut oka – żadnych wspólnych mianowników, z wyjątkiem miejsca i czasu. Taniec jest poza wszystkim, poza czasem i przestrzenią, jest 100% wolności. Może dlatego, zaczęłam tańczyć, po to, żeby iść dalej, bardziej, ciekawiej.
  • Idziesz sobie przez Lądek i spotykasz różnych znajomych idących na jakieś zajęcia, a ty zmierzasz nad rzeczkę pochillować z pudełkiem malin między zajęciami. Jakie to było zajefajne.
  • Nigdy wcześniej nie spotkałam w jednym miejscu tylu ludzi, którzy kochają taniec. Profesjonalistów różnych stopni aż po początkujących (ja chyba nie wyjdę poza tę grupę, bo mam za duży bajzel w głowie, ale jakoś dopóki nie przeszkadza to innym, to mnie tym bardziej ;-).
  • Zatrzymując się przy profesjonalistach (cała kadra festiwalowych trenerów to kalejdoskop technik i charyzmatycznych osobowości z całego świata, ale przede wszystkim totalnych profesjonalistów): Widząc ich na parkiecie człowiek zamienia się w jedno wielkie: WOW. Oczywiście wśród uczestników takich osób też nie brakuje, bo ludzie jeżdżą tam poznawać nowe techniki, nowe możliwości i szukać inspiracji. To wszystko miesza się, miesza i eksploduje w tańcu, który dla mnie był jak udział na żywo w „Gorączce sobotniej nocy”. Ogień w ciałach płonął jak znicz olimpijski.
  • Poznałam nowe, cudowne osoby (bądź spędziłam więcej czasu z tym, które znałam z zajęć w Gdańsku). Kochani i absolutnie wyjątkowi ludzie. Naprawdę bezcenne emocje.
  • Występy finałowe – ostatniego dnia odbywają się występy na scenie amfiteatru, przed niemałą publicznością. Bardzo fajna oprawa, nagłośnienie, światło i czasami dużo dymu. Szacunek. A jeszcze być „na zapleczu” z tancerzami wszystkich możliwych technik i czuć te emocje i widzieć ostatnie próby i współdzielić te wszystkie emocje… Dżizas, jakie to było genialne i stresujące i wspaniałe.
  • Dodatkowo przez cały festiwal dobrym duchem są świetni fotografowie/ chociaż dla mnie bardziej fotograficy, ponieważ ich zdjęcia to dzieła sztuki w uchwyceniu ruchu i emocji/. Ich obecność mogłaby stresować, gdyby nie fakt, że człowiek zajęty jest robieniem swojego. Efekty są widocznie potem. Przepiękne zdjęcia robi Radosław Pietraga. Trzeba umieć tak widzieć świat, taniec, ruch, żeby go tak chwytać.
  • Jako perełka: Lądek to świetne i stosunkowo niedrogie jedzenie i fajna baza noclegowa. Ludzie, którzy jeżdżą na festiwal od lat (a takich jest większość! co mnie zupełnie już nie dziwi), opowiadali mi, jak spartańskie były warunki na początku. Dobrze, że festiwal się rozwija i mam nadzieję, że tak będzie nadal.

Oczywiście mam też wiele wspomnień, o których można spokojnie powiedzieć „co się dzieje w Lądku, zostaje w Lądku”, ale cóż, mogę tylko powiedzieć: przeżyj to sam(a) 🙂

Zdjęcie główne: kadr z naszego finałowego występu. Experimental do remixu „Personal Jesus” Depeche Mode. 14.07.2018

Dla mnie było to wyjątkowe wydarzenie pod kilkoma względami. Po pierwsze, pierwszy raz w dorosłym życiu stanęłam na deskach sceny, przed ludźmi. Byłam potwornie zestresowana, bo przede wszystkim zależało mi na całej grupie i ogólnym odbiorze. Jakoś tak łatwiej się kompromitować na własne konto. Ale chyba nie wyszło najgorzej. Dzień ten był dla mnie strasznie trudny, bo przypadała druga rocznica śmierci mojej mamy. Nie dość, że byłam daleko od rodziny, od braci, nie mogłam pójść postawić świeczki na grobie, to jeszcze ten występ. Cóż. Postanowiłam dedykować go w serduchu mojej mamie, chociaż z emocji od wejścia na scenę, do zejścia prawie nic nie pamiętam. Jestem strasznie wdzięczna Robsonowi, że wybrał akurat taką muzykę i taki układ, chociaż kompletnie nie mógł wiedzieć, jak dla mnie to jest ważne, że nie ma nic radosnego i wesołego w przekazie ani muzyki ani układu. Było idealnie. Magia, którą odczuwałam w Lądku naprawdę kilka razy. Jak mówiłam, każdy znajdzie w Lądku coś dla siebie.

Oficjalna strona festiwalu TU

FB Festiwalu TU – polecam szczególnie ze względu na fenomenalne zdjęcia.

Czy pojadę za rok? Nie mam zielonego pojęcia, bo ja nigdy nic tak daleko nie planuję. Czas pokaże, ale na dziś mam masę przeżyć i wspomnień, które będę sobie odświeżać z uśmiechem i jeszcze długo. Już tęsknię, więc… To był szczególnie ważny i ciekawy #pierwszyraz. Miłość od pierwszego wejrzenia wielokrotna.

Wielkie dziękuję i szacunek dla wszystkich, którzy to tworzą, biorą w tym udział i dzielą się swoją wiedzą, energią i uśmiechem. Cudownie było w tym uczestniczyć.

PPPS. Pierwszy raz w życiu na urlopie nie odebrałam ani jednego maila, telefonu. Nie myślałam o pracy, bo nie miałam kiedy, naprawdę „tu i teraz” pochłonęło mnie w 150%. Też doceniłam to, że MOGĘ tak zrobić. Ale że mam fajną pracę, to wiem od dawna.

PPPPS. Jeśli zaglądnie tu ktoś, kto też tam był, bywa, to zachęcam do podzielenia się przeżyciami.

Chociaż minęło już trochę czasu i wydarzyło się wiele od tamtej pory, to ja nadal mam przyjemny dreszcz na wspomnienie tego wszystkiego. Genialne przeżycie.

Mój zachwyt chwilą będzie trwał jeszcze długo.

Praga, zapada zmierzch, wychodzi czar

W wieczorowej Pradze można się zakochać, zatracić i oddać zachwytowi bez granic.

bmd
Praga by ml76
bty
Praga by ml76
bmd
Praga by ml76
bmd
Praga by ml76
bmd
Praga by ml76
mde
Praga by ml76
bmd
Praga by ml76
bmd
Praga by ml76
bmd
Praga by ml76
bty
Praga by ml76
bty
tiramisu 🙂
bty
Praga by ml76
bty
Praga by ml76

 

Tęsknię.

Tym romantycznym akcentem (chyba) wątek Pragi się kończy. Przynajmniej tym razem, bo jeśli tylko się uda, to z radością tam wrócę. To miasto ma w sobie taką magię, że można się od tego uzależnić. Z absolutnym zrozumieniem dołączam do wielbicieli tego miasta. Jako pomysł na podróż na 15. rocznicę ślubu, okazał się trafiony w 100%. Chociaż czeska kuchnia nie stała się moją ulubioną (Sorry kochani Czesi! ale przecież polska tradycyjna kuchnia też do wybitnie lekkich w klasycznym wydaniu nie należy), to piwo zdecydowanie tak.

To, co wspominam z rozczuleniem, to jeszcze nasz rytuał, który podsumować było można „kumasz? leżymy w Pradze i oglądamy Arabelę”. Wiem, młodsze osobniki już tego nie znają, ale dla ludzi koło 40tki to był taki hit dzieciństwa, że szkoda mówić. Każdy marzył o pierścieniu Arabeli. Oglądając to teraz, i jeszcze w Pradze (przynajmniej pierwsze odcinki) nie mogliśmy się nie śmiać z absurdalnego poczucia humoru zawartego w tej baśni. Ale jako dzieci zwracaliśmy uwagę na inne rzeczy. Przecież 🙂

Na myśl o Pradze będę się uśmiechać jeszcze długo.

 

 

Zdjęcie w nagłówki: ML mnie złapał, jak łapałam Wełtawę. 19.11.2017.