Kinowe hity i kity

Dzisiaj krótko ina temat.

Dwa filmy + bonus

KIT

„Pokot.” W końcu jest na HBO, to obejrzałam. Owszem, czekałam na niego bardzo.

Wrażenia? Jakby to delikatnie ująć… Mieszane. Uwielbiam zwierzęta. Naprawdę. Gadam z ptakami, z psami i kotami. Cierpię widząc przejechanego lisa czy jeża. Myślistwo mnie mierzi, ale niestety sporadycznie lubię zjeść dziczyznę i generalnie jem mięso. Sumienie szarpie mi oglądanie filmów o warunkach masowych hodowli. Naprawdę uważam, że nasz stosunek do zwierząt jest nie hallo. Ale nie wojuję z tym nawet w dyskusjach, bo gadanie dla gadania uważam za stratę czasu pseudointelektualistów i innych pseudo. „Pokot” mógł być filmem, który trafia w serce i duszę i może trochę do rozumu ignorantów . Niestety nie jest przez zakończenie. Szkoda. Jak cholera. Temat przerósł twórców. Nie mam jednak pretensji, bo trudno jest nie wychodzić przy tym wątku na ekooszołoma. Świadomość ludzi jest na strasznie różnym poziomie. Wielu nadal uważa, że jesteśmy gatunkiem, który msma zjadać albo zabijać wszystko, co nie jest w stanie uciec albo się obronić. Głupie, ale prawdziwe. Daleka droga. „Pokot” jej nie skróci.

HIT

Gotowi na wszystko. Exterminator.

Na ten film raczyłam ruszyć szanowny tył do kina. Zwiastuny były zabawne, ale jak to bywa w filmach, często zawierają wszystkie zabawne fragmenty. Nie tym razem! Już dawno aż tyle nie śmiałam się na filmie. Do tego świetnie ujęty temat marzeń, pasji itd. Bardzo gorąco polecam. Szczególnie też pod względem wątku, jak ważne jest trafiać na przychylność i odpowiednich ludzi. Ale też mamy przykład tego, że czasami trzeba z przyjemnością pokazać komuś „fuck you” z dziką satysfakcją dla własnego poczucia wartości. Świetny film. Polski.

Bonus.

„Chata”. Słyszałam o nim już od jakiegoś czasu, ale nie miałam okazji. W końcu się udało. Poleciłabym ten film ateistom, bo nie mam nigdy słów, żeby wyjaśnić co znaczy dla mnie „wierzę w Boga”. Jakoś to zawsze wychodzi upośledzone, ograniczone i jak zaczynam nawet o tym mówić, to czuję, że bredzę. To jak mówienie o miłości. Trudne, żeby nie było płaskie. Ten film to naprawdę bliskie wyjaśnienie postrzegania Boga. Moje.

I na razie to tyle.

Pora na kawę 🙂

Zdjęcie : mua na tle Exterminatora 😉

PS. Metal jest na końcu mojej listy ulubionej muzy, ale jak nikt mówię „zuuuuo”. He he he.

Czuję się lepsza od..

Każdy ma słaby punkt. Ja mam tu: Czuję się lepsza. Czuję się lepsza od ludzi, którzy nie szanują zwierząt i planety, uważając się za jej panów. Czuję się lepsza od tych, którzy biją dzieci (wrrr na zwolenników niewinnego klapsa), ale też od tych, którzy nie mają honoru, którzy sami się poniżają szczególnie dla celów materialnych. Czuję się lepsza od ludzi, którzy nie mają godności. Czuję się lepsza od ludzi, którzy nie potrafią się przyznać do błędu i jeszcze nie potrafią przeprosić (och, od tych szczególnie), od tych którzy nie czują wdzięczności, tylko uważają, że im się życzliwość i przychylność po prostu należy. Czuję się lepsza od tych, którzy żyją bezreflesyjnie w stosunku do swojego życia, nie widząc i nie szukając przyczynowo skutkowej zależności między własnymi decyzjami a ich konsekwencjami. Bo można popełnić błąd, tylko ważne jest go zobaczyć a nie szukać winnych. No tak.

Czuję się też dużo lepsza od tych, którzy męczą słabszych i /lub wykorzystują pozycję dręcząc np. podwładnych pracowników. Tak. Na takich ludzi patrzę totalnie z góry.

I wiem, że to niestety trzyma mnie w oddaleniu od mojej definicji celu w podejściu do ludzi: powinnam odczuwać wobec takich ludzi współczucie.

A niestety poczucie bycia lepszą wygrywa.

No i dupa. No i nawet powieka nie chce zadrżeć, że tak nie jest ok. No może i nie jest. Ale tak mam.

Ale poza tym i ponadto to kocham wszystkich ludzi, nawet tych, od których czuję się lepsza 🙂

Zdjęcie: gdański lew. 12.2017

Dlaczego kobiety kochają drani?

Można zastąpić pytaniem: dlaczego mężczyźni kochają idiotki, albo dlaczego kochają zołzy?

Gdy byłam młodziutką dziewczyną babcia (bardzo mądra i życiowa kobieta) nauczyła mnie jak postępować wobec mężczyzn. Zasad było kilka i bardzo jasnych.

Te proste zasady pomagały mi iść przez życie. Właściwie uważam, że mimo zmieniającego się świata, wcale się nie zmieniły, chociaż wiem doskonale, że wiele osób zakrzyknie w sprzeciwie. W nosie to mam, bo wiem swoje 🙂

Wracając do pytania: dlaczego kobiety kochają drani, od razu odpowiem, że  to jest całkiem oczywiste i nie ma się głupio zastanawiać. Ważniejsze jest, dlaczego uparcie ich tak nazywają, a ponad to, próbują ich usidlić, zmienić, udomowić i stworzyć na swoje widzi mi się. Odrobina instynktu samozachowawczego powinna każdej kobiecie mówić: z nim się tak nie da. Idź dalej. Szukaj pluszowego misia a tego zostaw w spokoju. To takie elementarne rozpoznawanie natury ludzi. Podsumowując, nie zgadzam się na określanie takich facetów draniami. Tzn. takich, którzy: „zostawił, mimo, że go tak kocham”, „w czym tamta jest lepsza ode mnie?”, „co mam jeszcze zrobić, żeby chciał ze mną być”. Yessu, jeśli kobieta zadaje sobie takie pytania a do tego słucha piosenek o tym (to jest prawdziwa masakra!), to naprawdę poszłabym się napić z każdym facetem, który ma umiejętność odejścia od takiej kobiety. Dlaczego? Bo draniami są faceci, którzy mają alergię na brak elementarnej godności u kobiety. Godności, która sprowadza się do tego, że facet robi co chce z jej godnością, a ona nie robi z tym nic poza zrzędzeniem i użalaniem się nad sobą. Tak, ja wiem że to wina wychowania. Trudno. Wieki upłyną, zanim to się zmieni.

W czym tak naprawdę jest rzecz? Z perspektywy kilkudziesięciu lat życia i kilkuset rozmów sądzę, że właśnie w tym zachowaniu. Przesada pojawia się z tego bycia miękką i marudnie oddaną. Nie zrozum mnie źle, każdy facet lubi opiekować się kobietą. No wielu. I to jest super. I tak ma być. I trzeba się tym cieszyć. Każdy lubi być w związku. To nie jest tak, że związki są dla nich do kitu i nie, bo nie. Owszem, wielu potrafi się zakochać i potem szybko odkochać. Nie ma w tym nic złego i idiotyzmem jest robienie z tego wady. Do miłości naprawdę trzeba czasu, ale samo zakochanie/ zauroczenie to też super sprawa. I przerażające nawet dla mnie jest założenie, że od randki do ślubu to powinna być droga prosta jak Amber 1. No nie. To by było straszne (dla ludzi określanych jako dranie), albo dla mnie. Desperacka gotowość do związku na pełną parę bywa naprawdę przerażająca i zniechęcająca. I zdarza się i kobietom i mężczyznom. I o ile trafia na dwie osoby, które mają tak i tak im zostaje, to super. Brawo dla was. Ale to nadal powalający odsetek wyjątków. Z reguły okres tańca godowego, zmian zdania po setki razy trwa. No trwa. Może się zdarzyć. I na litość bogów, nie robi to z nikogo drania ani idiotki. Ja wiem, że naiwność jest trudną cechą, ale z niej też można wyjść. Nawet trzeba.

Czasami jak słyszę skomlenie dziewczyn o uwagę, czy uczucia, to naprawdę mi ich trochę szkoda. Tylko trochę, bo to ich wybór. Czasami gdy to samo widzę u chłopaków, to rozumiem, że mają przechlapane, bo to ich działka, ale też powinni umieć rozpoznać, czy coś rokuje, czy lepiej odpuścić. W takich sytuacjach karmienie się złudzeniami jest kompletnie wyborem. Samookaleczającym.

Wg norm, draniem jest facet, który „uwodzi i rzuca”. Idiotką jest kobieta, która skomle o uczucia i uwagę kogoś, kto jej tego dać nie chce. Zołzy, to wiadomo: kobiety, które wiedzą czego nie chcą (bo to, że chcemy wszystkiego, to wiadomo). Głupie suki to od zawsze te, które dają kosza. Wiadomo. Tak jak świat światem może już by zostawić te obelgi.

Wg mnie, z czym nie powinno być dyskusji, draniem jest partner, który krzywdzi, chociaż wie, że druga osoba nie umie, nie ma siły bądź odwagi odejść i jej w tym nie pomoże patrząc jak się wyniszcza. I tu płeć nie ma znaczenia, bo zadręczać można się w dowolnych kombinacjach. Oczywiście wyjściem jest jeszcze przestać krzywdzić. Załóżmy happy end oczywiście też.

Patrząc w ten sposób, widać, że prawdziwych drani to nie ma wcale tak dużo. Więcej jest odpowiedników zołz, ponieważ oni są często zbyt mili, żeby powiedzieć kobiecie: odpuść. Zołzy też tego nie mówią, tylko wysłuchują, że są zmienne, bawią się itd. Nie. Ani faceci się nie bawią, ani kobiety. To, że nie do końca wiedzą, co czują, a na pewno nie jest to to, czego chce druga strona, nie robi z nich drani.

Myślę, że wszystko sprowadza się naprawdę do rozpoznawania tego, czego oczekujemy od związku, relacji. Nie od drugiego człowieka. Od związku, czy relacji. Człowiek niech sobie będzie jaki chce,  niech będzie sobą. To jest to miejsce rozdroża w kwestii dobierania się. Bo jeśli facet jest wolnym duchem, to powinien być z kobietą, która kompletnie z tego nie robi problemu, bo może np. też taka jest. Jeśli ktoś jest maminsynkiem, to powinien mieć kobietę, która mu mówi, jak ma żyć (co jeść, jak się ubierać, co myśleć itd), jeśli ktoś jest wrażliwym romantykiem, to powinien trafić na kobietę, która to doceni i pokocha jego wiersze i tak dalej, albo ważne, czy się ma wspólne pasje, czy nie, czy się totalnie akceptuje odmienność czy to przeszkadza itd.  Tak naprawdę nie ma przecież jednego klucza, ale trzeba dawać sobie czas, żeby uczciwie przed sobą i tą drugą osobą decydować. Tak, zmiany zdania są możliwe i jeśli się pojawiają, to są wskazane. Trudno. Wiem, że wiele osób uważa, że słowo to słowo i nie ma zmiłuj, jak się mówi A, to trzeba powiedzieć B, jak się coś zrobiło to oczywistą konsekwencją powinno być coś tam. No nie. Ja się z tymi zasadami nie zgadzam.

Ten dobór naprawdę jest najważniejszym miejscem decyzji i kurcze, nie ma się co wyzywać, gdy zaczyna się rozjeżdżać. To jest niefajne dla obojga. Poznałam w życiu wielu facetów, którzy odbierani byli jako dranie. Kompletnie się z tym nie zgadzałam, właśnie z tego względu, który opisałam powyżej. Oni nie krzywdzili. Oni zostawiali wybór i sobie i kobiecie. Przykład taki dość stereotypowy: facet poznaje dziewczynę. Ona się zakochuje, on jest mocno zauroczony. Wchodzą błyskawicznie w fazę głębokiej konsumpcji i komunikacji, w pierwszym tygodniu pada wiele głębokich i ważnych słów, które pięknie brzmią. Aż on któregoś dnia się budzi i widzi, że nie czuje tego, co jeszcze wczoraj wieczorem. No i zostawia sprawę, bo chce się temu przyjrzeć. Ona zaczyna szaleńczy taniec „o co chodzi?”. Smsy, telefony, co tam jeszcze technologia dała. On zaczyna się czuć z tym źle i znowu się z nią umawia. Kończy się jak ostatnio. Przez chwilę trwa dalej. On znowu któregoś dnia się budzi i czuje, że nie chce tego ciągnąć. Ona znowu walczy. Koło toczy się przez jakiś czas. A nie dajcie bogowie, że on w tzw. między czasie poznaje inną kobietę, która budzi w nim zauroczenie potworne. A tamtej przecież nie chce ranić i jej rzucić. Dramat. Nie, nie drań. Kobieta powinna była wiedzieć, żeby nic nie robić, w miejscu, które pogrubiłam. Ba, powinna zająć się swoim życiem i nie żyć w pełnej gotowości do jego powrotu. Gdy on się odezwie po jakiś czasie to oczywiście, na spokojnie można się zastanowić nad spotkaniem.  Ale bez szaleństwa pt „zaraz będę na dole”, tylko raczej „ok, kochanie, zadzwoń w czwartek, przyszły”. Jezu, kobiety szanujcie się. Facetom wolno więcej, ktoś powie, bo gdy kobieta się tak zachowuje to jest potworem. Nie. To działa w obie strony. Pasja, zakochanie, feromony, wielkie słowa i obietnice wszystko fajnie i pięknie, ale to nie jest żadna baza.

Wiecie te wszystkie poradniki „nie baw się jego/ jej uczuciami”, graj jasno, stawiaj jasno sprawy od początku, to jakiś koszmar. Owszem, nie ukrywać, że się jest w związku, albo w małżeństwie i w domu czeka 3 dzieci. Ale poważnie, jeśli się jest singlem, to właśnie te wszystkie gierki, niedomówienia, to, co intryguje i czasami doprowadza do pasji, jest smakiem życia. To, że prawie każdy chciałby być w fajnym, udanym związku nie jest tajemnicą. To ludzkie i normalne. Ale desperacja, determinacja i nuda oczywistości od początku działają na mnóstwo ludzi szalenie zniechęcająco. Bo wbrew pozorom mało kto widzi związek jak klatkę, więzienie i mus. Lepiej wyjść z założenia, że to ma być coś, w czym być się chce, bo mamy wybór. Mimo obrączki czy słów.

Lepiej się nie zmuszać wzajemnie do niczego. I zobaczyć, co będzie.

 

PS. Ale tych kawałków „w czym ona jest lepsza ode mnie” to powinni w radio zakazać. Serio 🙂 Bo ja sama sobie dopowiadam w myślach „pewnie tak nie zrzędzi”.

Pewnie nie jedna osoba czytając ten test powie, że co ja tam wiem, sytuacje są różne, nie znam wszystkich detali, to nie jest tak, to skomplikowane. No jasne.

I każdy wie swoje 🙂

A ja dalej będę uważać, że wyzywanie ludzi tylko dlatego, że nie chcą tkwić w czymś, do czego nie mają przekonania jest głupie, tak jak budowanie życia na dwóch upojnych miesiącach spędzonych razem i morzu pretensji, gdy tak nie wychodzi. Że on/a/ mogła się na to nie decydować? No spoko. Ty też nie, osoba czująca się pokrzywdzoną. Prawda? 😉

Ludzie tak słabo cieszą się życiem i robią problem z rzeczy, z których należy się cieszyć.

 

PPS. Gdy pojawi się miłość, która ma trwać długo, dłużej, na zawsze (?) to nawet jak się będzie chciało od niej uciec, to się nie uda. Zapewniam. A potem już się kręci w tym niedowierzaniu każdego dnia. Tylko dać sobie szansę. Bez szarpania się z kimś, kto tego nie czuje, albo nie chce. Serio, nic na siłę. A będzie dobrze. 
Jakie są zasady?

Złota 5:

  1. szanuj się
  2. szanuj ich
  3. nie oceniaj pochopnie
  4. nie decyduj pochopnie
  5. nigdy nie uganiaj się za chłopakiem

 

PPS. Wielu rzekomych drani, czy zołz, gdy trafi na swojego, to stają się cudownymi partnerami czy małżonkami. Magia nienarzuconego doboru i dobrowolnego wyboru.

 

Zdjęcie: Fahrenheit na Długiej, Gdańsk 11.2017

 

 

 

Lepsza wersja siebie

Strasznie bezsensu jest budzenie w sobie samym poczucia winy za to, że się nie jest lepszym niż się jest. Masochizm level hard.

Niektórzy ludzie są w tym mistrzami. Zrzędzenie, że powinno się więcej czasu poświęcać rodzinie, hobby, sobie, dzieciom, parterowi, na naukę języków, na jogę czy inne zajęcia.

Weź człowieku wyluzuj.

Zakoduj jakoś, że jesteś najlepszą wersją siebie jaką możesz być w danym momencie, w danym czasie. Pewnie, że teoretycznie mógłbyś być lepszy i bardziej, ale tylko teoretycznie. Robienie sobie wyrzutów sumienia z tego powodu jest bez sensu i jest wyłącznie masochizmem.

Jeśli ktoś myśli, że takie samobiczowanie cokolwiek zmienia, chociażby w oczach innych, albo się łudzi, że dzięki temu czuje się lepiej, albo mniej winny tego, że nie jest lepszą wersją siebie, to się grubo myli i wyłącznie karmi swoje kompleksy.

I pasuje sobie nastrój. A często i innym.

Po jakiego grzyba? Hm? Odpuść. Jesteś dzisiaj najlepszą wersją siebie, jaką możesz być. Imaginowanie lepszego wariantu to wyłącznie kompleksy, bo nie jest to nawet motywujące z tej prostej przyczyny, że nawet pracując nad sobą nie zmieniasz dziś, tylko ew. kreujesz przyszłość, która też będzie wypadkową wielu czynników.

No i tyle.

Więc ciesz się, że nie jesteś dziś taki, jaki byłeś np. rok czy 10 lat temu. Bo się zmieniłeś i to raczej na lepsze, prawda? No. Świat też. Więc idź dalej i nie zrzędź, że powinieneś robić więcej, lepiej, bardziej niż dziś. Jak się da, to po prostu to rób, a jak się nie da, to to, cholera jasna, zaakceptuj. Jeśli jest gorzej niż rok temu czy 10 lat, to tym bardziej wiadomo, że nie ma co zrzędzić, tylko wziąć się za siebie i zobaczyć, co będzie za rok, albo 10 lat. No ale dzisiaj jest się nadal najlepszą wersją siebie. Bo taki jest efekt tego, co było do wczoraj. Logiczne?

Boginie, jak ludzie czasami sami sobie komplikują życie i myślą do tego, że to dowód inteligencji. No nie. Nie jest to dowodem na nic dobrego. Żeby nie nazwać tego głupotą.

Więc nie rozczulać się, nie zrzędzić tylko iść dalej.

Zakodować i odmaszerować wdrożyć.

Dziękuję.

🙂

Kurcze, wszyscy jesteśmy ludźmi. To wcale nie jest za mało. I wcale nie musi być lepiej i bardziej.

Naprawdę.

Zdjęcie: tajska restauracja Gdańsk 11.2017

Po czym poznać, że ktoś jest w nas zakochany?

Zakochanie, zainteresowanie, odczytywanie, ocenianie. Długo czekałam na odpowiedni zapalnik, bo tło znalazłam już w maju w postaci poniższego zestawienia:

http://www.polityka.pl/galerie/1705662,1,po-czym-poznac-ze-ktos-jest-w-nas-zakochany.read

To wszystko oczywiście może być prawdą, ale w zdecydowanej większości przypadków nie jest. Dlaczego? Czy da się ocenić, że ktoś jest w nas zakochany?

Czytaj dalej „Po czym poznać, że ktoś jest w nas zakochany?”

Brak planu B – na żywioł

Możliwość wyboru jest dobra. Jego pewność jeszcze lepsza.

Kiedyś pewien bloger napisał, że przyszedł moment, że postawił wszystko na blogowanie. Teraz (v)blogerzy mają łatwiej, bo ten sposób życia jest już przetarty i dość prosty. Jak ktoś łapie falę i na niej pozostaje, to nie musi już się wahać – dla agencji reklamowych i firm współpraca z blogerami nie jest już niczym nowym. Kiedyś, gdy tę decyzję podjął bloger o którym myślę, to nie było wcale oczywiste. On był jednym z pionierów podejścia do blogowania jako zawodu. O ile nie był pierwszy. Postawił wszystko na jedną kartę przy jednoczesnym braku pewności rozwoju wydarzeń. Pewien był tylko, że stawia wszystko na ten plan. Słusznie założył, że musi się skupić na jednej sprawie. Oczywiście zawodowe blogowanie to nie jest tylko pisanie notek na bloga. Jak ktoś tak myśli, to jest w błędzie. Blogowanie zawodowe to w istocie tak samo angażująca praca, jak każda inna. Ale ja nie o tym. W tym wypadku chodzi o podjęcie decyzji.

*** Inny przykład

Czasami rekruterzy zapraszają mnie do udziału w procesach rekrutacji. Można na to spojrzeć z kilku punktów. Po pierwsze, to miłe, że mnie wyłapują. Po drugie, to dziwne, że zapraszają mnie do starania się o pracę w branżach mających niewiele wspólnego z moją obecną branżą. Po trzecie, to ciekawe, że zakładają, że jestem zainteresowania szukaniem nowej pracy (bo z mojego profilu na LinkedIn nie wynika to w żaden sposób). Rozumiem to z jednego powodu – jest bowiem szkoła, która mówi, że od czasu do czasu dobrze jest pójść na rozmowę rekrutacyjną, nawet jeśli nie szuka się pracy. Po prostu dobrze jest dla siebie sprawdzić, jakie się ma szanse, a po za tym, kto wie, może dostaniemy propozycję nie do odrzucenia.

Hm. I tu jest taka kwestia, że dla mnie to tak, jakby będąc w związku co jakiś czas pójść na randkę z kimś innym. Z tych samych powodów – bo dobrze czasami się sprawdzić, a nuż do tego znajdziemy jeszcze większą miłość naszego życia.

Tak, to prawda, praca to nie związek. Jednak szukając swojego ideału trzeba wiedzieć, czego się chce. Nie da się inaczej. Istotą sprawy jest to, żeby wiedzieć kiedy… nie przedobrzyć w danym momencie życia.

Czy można wogóle przedobrzyć? Co to znaczy? Myślę, że to ma związek z docenianiem tego co mamy. Bez kompleksów, bez kompromisów większych niż zgodne z nami. Nie chodzi bynajmniej o podejście „i tak nie zasługuję na nic/ nikogo lepszego”, o to to nie!

Chodzi o to, żeby naprawdę wiedzieć co się ma, z kim się jest i dlaczego i dlaczego nie szukać nic innego w danym momencie. Czy to na dziś możliwy ideał?

Dlaczego w danym momencie?

No cóż. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkiego w życiu. Zdarza się jednak, że czasami nurt życia, bieg wydarzeń, rozwój nasz własny osobisty i zmiany otoczenia powodują, że przestaje nam być dobrze. Zaczyna być ciasno, zaczyna uwierać, a czasami krzywdzić. Krzywa w dół jest niezaprzeczalnie nieodwracalna. Zdarza się. I wtedy nie ma co się szczypać, iść na tę rozmowę (nawet z zupełnie innej branży) albo iść na randkę z nowopoznanym. Sprawdzić, gdzie się jest w życiu.

Tak, czasami to po prostu koniecznie, żeby nie skończyć pod mostem własnych rozczarowań i źle obstawionej pozycji. Owszem z takiego stanu się też da wyjść, ale jest to o wiele trudniejsze niż czucie swojego życia, potrzeb, pragnień w miarę na bieżąco. Gdy tak jest, to nie potrzeba żadnego planu B.

Mam starego znajomego, który czasami widzi, że się bardzo dystansuję. Robię to, potrzebuję tego, żeby sprawdzić, czy jest tak jak ma być. Bez pewnej odległości nie da się tego ocenić. Tak samo mam z przyjaźniami, czy nawet z małżeństwem, ale też rodziną. Wiedzieć, gdzie się jest w życiu. Czego się chce w danym momencie, okresie życia. Mistrzowie nawet wiedzą, dokąd zmierzają. Ja tego nie wiem. Nie mam planów długoterminowych (na dziesiątki lat). Mam marzenia. Gdybym je zmieniła w plany, jak radzą wszyscy coachowie świata, to pewnie bym inaczej żyła. Tylko że mieć plan oznacza ustawienie życia na jego realizację, prawda? A ja nie chcę się ograniczać. Wolę wiedzieć, przy tych check pointach (punktach kontrolnych), że dziś jest OK (praca, związek, relacje, ja). Wolę poczucie, że idę w dobrym kierunku. Że rozwijam się w satysfakcjonujący mnie sposób. Nie mam masterplanu na życie. Może po prostu jeszcze na niego nie trafiłam?

Na dziś wystarczy mi poczucie pewności w odniesieniu do podjętych dotychczas decyzji. To i tak dużo, chociaż pewnie niewiele patrząc na obecne podejście różnych mistrzów życia.

Jakoś nie widzę powodu, żeby się godzić na podejście, że jeśli nie wiem, co chcę robić za 10 lat, to jestem w czarnej dupie. Wolę nie wiedzieć, co dokładnie chcę robić za 10 lat, bo może, to co będę robić, będzie kumulacją moich marzeń z dziś? Tak jak to, co mam dziś, jest kumulacją moich marzeń sprzed 15-20 lat a nawet nie umiałam sobie tego wyobrazić?

Także cóż. Dla mnie brak planu B jest szalenie ważny, dopóki nie czuję potrzeby budowania go. Życie i tak zaskakuje. Brak wątpliwości na dziś to i tak wielki sukces,

bo kto wie, co przyniesie jutro… 🙂

Nie dajmy się zwariować.

Zdjęcie: Przywidz. Hobbitowe Wzgórza. 2017.

Król jest nagi, a energia jest potrzebna

Ktoś to czasami musi powiedzieć. Król jest nagi. Żyjemy w czasach, gdy polityką zajmują się ludzie, którzy się na niej mie znają. Chcą władzy, rządu dusz i kasy oraz pozornego prestiżu. To dotyczy też często ludzi wielu innych zawodów. Mistrzowie pozorów mają swój czas. To era złudzeń.

A akurat polityka to ludzie, ludzie to emocje i energia. Ja się na samej polityce nie znam, bo jestem na to za młoda, ale słuchając p. Biedronia myślę sobie „o boginie, chciałabym go na prezydenta”.

Pamiętam go z czasów, gdy był posłem i kurcze, on zawsze mówił tak, że czułam wewnętrzny spokój, że ten człowiek to jest to. Taką energię chciałabym czerpać jak najczęściej.

Zobaczymy, co powiem tym wpisie za 5, 10 lat.

Fajnej energii, emocji nigdy dość. Nawet na zapas.

#makeawish

Zdjęcie : nowiewiórka. Łazienki. 07.2017

Wielkie jest piękne – lotniska i myślenie

Kocham klimat dużych lotnisk. Różnorodność ludzi. Kierunków. Lądujące i startujące samoloty. Czekanie. Bieg jednych , senność innych. Wszyscy jesteśmy tam w tym samym celu. W drodze.

Kocham lot samolotem. Czasami patrzę przez okno, zachwycona chmurami i horyzontem. Czasami horyzontem zdarzeń – po przeżytych wydarzeniach przed lotem. Czasami drzemię w dosłownym poczuciu oderwania od Ziemi. Inny punkt widzenia. Nie przestaje mnie zachwycać. No może nie tak jak za pierwszymi razami, ale jednak.

Ostatnio usłyszałam, że gdańscy celnicy/ osoby kontrolujące pasażerów są niesympatyczni. Nie mam aż takiego porównania, bo byłam kontrolowana na niewielu lotniskach (przypominają mi się na szybko Monachium, Frankfurt, Koeln, Hong Kong, Malmo, Warszawa, czyli statystycznie niewiele), ale wrażenie mam wszędzie takie samo: Celnicy robią swoje. Odpowiedzialność. Gdy myślę o ich odpowiedzialności, to mnie dreszcz przechodzi. Niech robią swoje i będą w tym dobrzy. Oczekiwanie od nich jakieś dziwnej uprzejmości jest niepoważne. Dla mnie ich skupienie jest najzwyczajniej oczywiste. Od ich dokładności zależy, czy np. ktoś nie będzie biegał po samolocie z nożem, albo nie będzie terroryzował ludzi na lotnisku.

Czasami komuś wymsknie się uśmiech przy skończeniu kontroli. Ale to osobliwość, miła, ale nie konieczna. Ja zawsze dziękuję im z lekkim uśmiechem. Bo czemu nie, ale ja jestem tylko człowiekiem w drodze, wyluzowanym pasażerem. Jednym z setek, jakich zobaczą tego dnia. W wielu zawodach można być w miarę wyluzowanym kwiatem lotosu, w niektórych nie. Skupienie, skrupulatność są podstawą. Ciągłe uśmiechanie się przy tym byłoby głupkowate. To jak wyobrażenie uśmiechającego się chirurga w trakcie operacji. Odróżnienie skupienia od uprzejmości nie należy do specjalnych zdolności.

Swoją drogą mało co jest tak przereklamowane jak uśmiech. Hasło „uśmiechnij się”. Nie ufam ludziom wiecznie uśmiechniętym, bo uśmiech musi pasować do sytuacji, emocji, chwili. Przecież on coś wyraża. Jego brak jest czasem o wiele lepszy.

Ale jeśli chodzi o slogany, jeszcze jest „świadome życie”. Jak słyszę slogan- „żyj świadomie”, to się zastanawiam, co za idiota to wymyślił. Wie ktoś? Ale ktoś, kto żyje świadomie, bo wiadomo, jak ktoś żyje nieświadomie, to… Dżiz. Przecież każdy żyje świadomie. Różnorodność tkwi w jej obszarach, poziomie, postrzeganiu, zmianach. Za dużo tych skrótów myślowych w przestrzeni, dlatego się czepiam. Dla higieny.

Wielkie lotniska, cały świat na chwilę zebrany w jednym miejscu. Podobnie jak w wielkich miastach. Kocham to.

Kocham. Być obywatelem świata. Na lotniskach jest to najbardziej odczuwalne. Magia.

Staram się pamiętać, że ludzie będąc w pracy często muszą być tacy czy inni. Wrzucają tryb samodyscypliny. Sama to praktykuję. W takich chwilach pełnej koncentracji szeroki uśmiech jest ostatnim wyrazem twarzy, jaki by pasował do emocji.

Szanuję to i rozumiem u innych. Po prostu. To strasznie ułatwia percepcję i przyjmowanie świata.

Wszędzie.

Zdjęcie: lotnisko Koeln, 09.2017

Rób co chcesz

Świat każe nam się bać. Wszyscy robią co mogą, żeby wzbudzać niepokój. Mamy się bać zagrożeń zewnętrznych, wewnętrznych, emocji, obcych, swoich, starości, młodości, jedzenia, powietrza, zwierząt, chorób, ataków, kosmitów, podatków, przepisów, skoków cen, ocieplenia globalnego, bakterii, spojrzeń, słów, dotyku, seksualności, otwartości, śmiechu, płaczu, złości, burzy, ciemności, pająków, spontaniczności, prędkości i powolności, śmierci i życia, ludzi i zwierząt.

Strach ma być emocją, która podszywa nasze życie w każdej sekundzie. Ma nakręcać, hamować, blokować, motywować. Ma być początkiem i końcem. „Boję się….” ma zaczynać każdą myśl, działanie i stagnację.


Nocuję w hotelu. W nocy zachciało mi się pić. Zapaliłam lampkę, podniosłam kołdrę, a spod mojego uda wybiegł duży, czarny pająk. Wyskoczyłam z łóżka z lekkim krzyknięciem. Stanęłam obok i patrzyłam na pająka biegającego po białym prześcieradle w panice. – Idź już sobie – powiedziałam do niego. Zatrzymał się i wybiegł pod materac. Widziałam, że był bardziej spanikowany niż ja. Oczywiście, że w pierwszej chwili przeszło mi przez myśl, żeby go zabić. Szybko jednak oddaliłam ją. Nie zabijam pająków, nigdy tego nie robiłam. Najwyżej krzyczałam jak oszalała, bo to było silniejsze ode mnie.

Całą noc spędziłam w lekkim czuwaniu. Ciężko było zapaść w spokojny sen. Ale to nie strach. Obserwowałam to uczucie, ale to nie był strach. Czułam, że to ja wdarłam się na jego teren i mnie tam nie powinno być. Tak wyszło. Nie, nie bałam się. Po prostu nie chciałabym, żeby znalazł się w którym z moich otworów. On pewnie też by tego nie chciał. Pilnowałam naszej wolności. Mojej i jego. Gdyby nie to, nie zobaczyłabym, że się nie boję już pająków. Czym jest zarwana noc, w obliczu takiego wniosku 😉


Zostałam sama w firmie, w całym budynku. Kiedyś na samą myśl o tym przechodził mnie dreszcz. Nie wiedziałam o tym, że zostałam sama. Zorientowałam się przed samym wyjściem. Zanim nadeszła pomoc, czekałam dwie godziny. Za wielkimi oknami padał deszcz. Było szaro i cicho. Właściwie przyjęłam ten stan rzeczy ze spokojem. Nie zapalałam świateł. Stałam przy oknach i patrzyłam na spełniające się marzenie: praktycznie za samym oknem, po trawniku przechadzał się bocian. W życiu nie byłam tak blisko bociana. Szalałam wewnętrznie ze szczęścia, bo tak jakoś się składa, że kocham bociany. Stałam w pustym biurowcu, sama, w szarości wieczoru, deszczu płynącym po oknach. Było mi dobrze. Gdyby nie ta sytuacja, nie zobaczyłabym tak blisko i tak długo bociana. A mogłam wrócić do swojego pokoju, usiąść przed laptopem. I to przeżycie by mnie ominęło.


Otwieram internet i trafiam na kłótnie polityczne, na kłótnie między zwolennikami i przeciwnikami szczepionek, homeopatii, ciągle odświeżane są jakieś przeżute, wyplute, przetrawione i wyrzygane wielokrotnie tematy. Czasami sama się kuszę na skomentowanie czegoś, gdy czuję, że ludzie się po prostu bezsensownie wzajemnie straszą i ograniczają. Ale to się dzieje, gdy mam pmsa, bo na co dzień, sama dla siebie, żyję wg motto, które mówi „rób co chcesz”. I generalnie powiem to każdemu, kto się zastanawia „jak żyć?” albo mówi to innym.

Robię co chcę. Nie szukam w cudzej opinii zgody czy poparcia. Nie czekam na akcept. Żyję, jak sama uważam za słuszne. Radzę się tych, których w danej dziedzinie uważam za autorytet, ale to się rzadko dzieje, bo z reguły sama sobie buduję opinię, na podstawie dostępnych wiarygodnych dla mnie źródeł. Cenię sobie naukę, a dla siebie samej jeszcze bardziej własne, zbyt duże na swój wiek, doświadczenie. Koryguję opinię, gdy tylko pojawiają się do tego mocne powody. Ale tak czy inaczej, robię co chcę. Przywykłam do narzekania, czy krytyki, ale przywykłam też do słów uznania. Nie są barometrem. Są tłem, bo wiem jedno na 100% – to ja ponoszę konsekwencje swoich decyzji o swoim życiu, więc o nich też sama decyduję.

Znam reguły i wiem jak postępować wg nich i kiedy je świadomie łamać, albo poza nie po prostu wykraczać. Nie pytam o zgodę. Wkurzam się czasami, gdy ktoś przesadza obok mnie i w grzeczności pyta, czy może coś zrobić (np. Zapalić. No jestem niepaląca, po co to krygowanie się? Wiadomo, że dym nie jest tym, o czym marzę, a jak będzie mi przeszkadzał, to odejdę, ale zapal sobie, skoro chcesz), dlatego myślę (*gdy nie mówię, bo wyrażam to wzrokiem, gestem), czasami mówię – Jesteś dorosły/a. Decyduj. Możesz. Naprawdę. Poniesiesz konsekwencje tak czy inaczej. Najlepszą konsekwencją jest to, że żyjesz jak chcesz. Reguły znasz. Reszta należy do ciebie.


A gdy świat (zewnętrzny czy wewnętrzny) każe się bać, to myślę sobie: bujaj się. Nie będziesz mi mówić, co mam czuć.

I robię to, co sama uważam za słuszne.

Jestem wolnym człowiekiem i nie znoszę organicznie, gdy mnie ktoś/ coś sztucznie ogranicza. Rozpoznawanie faktycznych zagrożeń to zupełnie inna sprawa i tym bardziej trzeba to umieć dla siebie, w sobie, a nie pozwalać, żeby narzucali to inni. Raczej oczywiste.

PS. Przytoczone scenki są tylko przerywnikiem. Istotą jest bezsensowny strach i wieczne wątpliwości. Szkoda życia. Nikt nas nie uczy ufności we własne decyzje i ich słuszność. No to trzeba się uczyć tego samodzielnie.

Najlepiej zrobić z obaw sprzymierzeńca. Największy level…

Zdjęcie: róża w ogrodzie mojego rodzinnego domu. Gdańsk.