Trochę to wszystko naciągane. Ostatnio zrobiłam sobie test i wyszło, że jestem uzależniona od swojej pracy. Hm. Wątpię.

Na jednym ze szkoleń, prowadząca skrytykowała mnie, gdy powiedziałam, że czasami piszę z klientami czy dostawcami w środku nocy. Akurat współpracuję z ludźmi z całego świata i mogę (mimo przesunięć czasu) reagować, gdy uważam to za słuszne. Więc podobno to złe i przyzwyczajam ludzi. Wątpię. Wysłanie maila o 3 rano nie przestawia nikomu świata. Ale Pani prowadząca nie znając charakteru mojej pracy i okoliczności oraz treści takich maili trochę się wygłupiła mądrząc się. Dobór dobrych szkoleń w tych czasach to inna sprawa i wyzwanie. Na pewno prowadzący z otwartym umysłem i trochę szerszą wiedzą na temat świata biznesu będzie cenny. 

Wracając do work-life balance. 

Czemu się z tym nie zgadzam?

Umówmy się. Są prace o różnych charakterze. Niemniej, ktoś może zapytać, a jaka jest różnica między pracoholikiem a kimś, kto jest po prostu zaangażowany? No? Jakieś pomysły? Dla mnie sprawa jest totalnie jasna. Jeśli nie ma się życia prywatnego, jeśli myśli się o pracy dzień, noc, śni się praca, chodzi się z telefonem (służbowo) po wszystkich zwiedzanych miejscach i górach, albo leży nad morzem z laptopem to wg mnie jest się pracoholikiem. Jeśli ktoś nie może funkcjonować wcale i w ogóle bez pracy, to… niech się wypowie jakiś lekarz. Pewnie, że są takie przypadki i to masowo. Przecież wiem. Tylko to nie jest tożsame z nienormowanym czasem pracy i i jednocześnie posiadaniem prywatnego życia i czasu dla siebie.

Ja od lat żyję wg slow life. Kto zna mnie trochę dłużej, ten wie. Ba, przecież założyłam wieki temu bloga (zresztą pierwszego w Polsce) o slow life, propagowałam to kilka lat, udzieliłam w tej tematyce kilku wywiadów i powoli wygasiłam swoją działalność w tym zakresie. Wystarczy. Jak sama pisałam, chodzi o życie w swoim własnym tempie. Swoją drogą za to też cenię Carla Honore. Ojca slow life, którego działania na przestrzeni lat też ewoluowały w kierunku bardziej zaawansowanego inspirowania, a szczególnie mojego ulubionego slow fixing, który jest doskonałym źródłem inspiracji też w biznesie.

Dobrze, więc czemu ja jestem niby slow, mimo, że mam nienormowany czas pracy i wysyłam czasami maile o 3 nad ranem, a ktoś, kto też kocha swoją pracę i nie może bez niej żyć nawet na urlopie, czy chociażby w czasie wolnym już nie? Czym się różni zaangażowanie od chorobliwego uzależnienia? Na pewno nie dynamiką i intensywnością życia. Nie w tym miejscu są różnice. A gdzie?

To pytanie pozostawię otwarte, bo niech każdy sam sobie na nie odpowie.

Natomiast zmierzam do podstawowej sprawy: nie wierzę w coś takiego, jak work-life balance. Po prostu. Właśnie teraz, gdy mamy czas globalizacji, wiele dzieje się wirtualnie, przemieszczamy się po całym świecie w kilka godzin, jesteśmy ciągle prawie online w jakiś sposób, nie może być mowy o jakiejś wyraźnej granicy między pracą a życiem prywatnym w ujęciu ramowym. Nie będzie to wiarygodne, ani dobre, jeśli będzie efektem wymuszania na sobie. Wg mnie najważniejsze, jeśli te światy się przeplatają, wymijają i uzupełniają.

Ważne jest zachowanie pewnej WEWNĘTRZNEJ równowagi, tak, żeby sobie nie robić krzywdy przesadzając długoterminowo w którąś stronę. O co mi chodzi? Dam przykład. Sama jestem taka, że mam wiele zainteresowań i pasji, oczywiście mam pracę, bardzo angażującą (i na dość odpowiedzialnym stanowisku z szalenie szerokim zakresem tematów) i mam rodzinę i przyjaciół oraz znajomych. Do tego mam masę dziwnych zasad i przekonań, jak np. „nic na siłę”, albo nie buduję relacji z wyrachowania. Bo nie. Stać mnie na to. Unikam toksycznych ludzi, to jedyne kryterium. Więc co? Doba jaka jest, każdy widzi. Ja też jej nie rozciągam. Ale też nie patrzę na zegarek na okrągło. Niektórzy twierdzą, że ja nie mam poczucia czasu. To nie prawda. Mam i to bardzo dobre. I to takie, że nie żyję w ciągłym poczuciu pędu i gonienia. Bardzo ważne jest dla mnie, żeby też odpoczywać. W czym tkwi moja tajemnica? W pokorze. Naprawdę mimo pewnego, dopadającego mnie z tego powodu smutku, akceptuję to, że doba jest jaka jest, tydzień czy miesiąc albo rok też. Po prostu żyję, najlepiej jako mogę przy określonych możliwościach, zasobach i ograniczeniach.

Życie w równowadze między skrajnościami naprawdę oznacza TU i TERAZ. Filozofia zen, słowa filozofów, słowa Jezusa czy innych mądrych ludzi nie mówią też o niczym innym. Żyć tu i teraz. Reszta się dopełnia i dopiero z perspektywy widać, że to były skrajności, albo np. działo się dużo, albo nic się nie działo, a było świetnie, bo bezruch też jest potrzebny. Itd. Tak naprawdę chodzi o urządzenie sobie życia, otoczenia, relacji, wiedzieć, czego się chce, czego nie. Podstawą jest możliwe uproszczenie wyborów. Te puzzle nie muszą być wcale złożone z miliona małych kawałków. Im mniej, tym lepiej, a obraz, a efekt ten sam. Nie komplikujmy sobie życia. Żyjmy.

Tak, chodzi o życie w TU i TERAZ, gdy pracuję ,to nie myślę o rzeczach prywatnych, gdy działam prywatnie, to nie myślę o pracy. Jasne, że podstawą jest dobre zarządzanie sobą w czasie, dobra organizacja życia i układanie się z innymi ludźmi. To oczywiste. Wystarczy uważność, albo właśnie zupełne wyłączenie. W zależności od chwili. Najważniejszy jest tzw. FLOW. Żyć. Świadomie.

Na dobre życie składa się to, co powoduje, że zasypiamy w spokoju i budzimy się z chęcią i ciekawością dnia. To wszystko.

I tyle. Żadnych magicznych sztuczek.

Więc proszę darować sobie farmazony, o jakimś work-life balance 🙂

Strasznie dużo pojawia się jakiś sztucznych haseł, które wg mnie tylko niepotrzebnie komplikują proste rzeczy. Naprawdę, nie wiem, po co.

Zdjęcie; między podróżami, ale równie dobre byłoby z kanapy . To tylko detale 🙂