Kolekcjonuję pierwsze razy. Pierwsze wrażenia, odczucia, są jak mapa życia. Rutyna działa na mnie jak brak wody na rośliny. Tak myślałam. Nie widzę rutyny, mimo pozornej powtarzalności, bo żaden dzień mojego życia nie jest taki jak poprzedni, czy jeszcze wcześniejszy. Może to skutek życia w mindfulness, w uważności, a życie w uważności wymusza wybiórczość detali. Hm.

Ostatnio miałam przez to pewną refleksję: faktycznie prawie nigdy nie wiem, czy coś było pierwszy raz, czy jedyny. Jest mnóstwo chwil, które były niepowtarzalne. Jest mnóstwo miejsc, w które nie wiem czy wrócę, jest mnóstwo ludzi, których nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze spotkam. Jest mnóstwo przeżyć, które są niepowtarzalne.

Właściwie filozofowie mają rację, nic dwa razy się nie zdarza. Jeśli coś wraca jest już zupełnie inaczej.

Ale jednak bardzo, bardzo często nie wraca.

Hm.

Życie to naprawdę droga.

Przepraszam za banał, ale jednak poczułam go wyjątkowo wyraźnie.

Zdjęcie chmur, bo mnie zachwyciły kiedyś. Wiem na pewno, że to był taki jedyny raz, chociaż było wiele innych, każdy inny. Kocham patrzeć na płynące chmury. Tak po prostu, bo wiem że drugi raz takich ich nie będzie. Nie będą to one, będzie zawsze inna gra światła, powietrza, kształtu, wiatru. Więc kocham po prostu na nie patrzeć.

Doceniam to, co wydaje się oczywiste, a wcale nie jest. To moja podstawa slow life.

Życie jest zachwycające w niepowtarzalności. Naprawdę.