Czym jest złość, agresja? To narkotyk. Heroina dla emocji. Jak się raz wzięło, to odwyk jest bardzo trudny. Jak się brało latami, to jeszcze trudniejszy, ale nie niemożliwy. Zawsze jednak warty podjęcia, bo życie bez hejtu inaczej smakuje.

Podobno wyleczenie się z alkoholizmu oznacza, że człowiek już nigdy nie może napić się alkoholu, nie powinien nawet wziąć lekarstwa na jego bazie, bo może to być ryzykowne – może być pierwszym krokiem do powrotu do nałogu.

Przez wiele lat byłam palaczem. Kochałam palenie. Palenie dawało mi siłę i przyjemność, było jak najlepszy przyjaciel i wszystko inne, co sobie wmawiamy jako nałogowcy. Cudowne wspomnienia papierosa w różnych okolicznościach. Rzucałam setki razy, zawsze przegrywając. Skutecznie udało mi się rzucić kilka lat temu. Dziś nie rozumiem, po co to robiłam, ale podchodzę do tego z dużą rezerwą. Wiem, że nie zapalę papierosa, bo ryzyko powrotu byłoby zbyt duże, też przez to, że dziś nie rozumiem, po co w ogóle paliłam przez prawie 20 lat. Kompletny bezsens i słabość.
Nie paląc od lat kilku traktuję palenie jako coś z czym nie ma żartów. Nie będę sprawdzać, co się stanie, jak zapalę, bo wiem. Z alkoholem jest chyba tak samo. Przyznam, że jednak już setki razy wolę rzucenie palenia, niż rzucenie alkoholu. Chociaż piję głównie piwo bezalkoholowe, a faktyczny alkohol od wielkiego dzwonu. Nie lubię źle się czuć po tym. Nie lubię kaca. Lubię mieć lekki szmer w głowie, to poczucie wyluzowania, ale nie lubię tego, jak się czuję potem. Piję rzadko. Zawsze tak było. Z nałogów to jednak były papierosy. Cieszy mnie to, bo jednak co innego nie pić z wyboru, a co innego z ograniczenia czy ryzyka powrotu do nałogu. Wino, mohijto czy drink od czasu do czasu, to jednak nie butelka codziennie. Nie, nie czuję się lepsza od pijących. Czuję się wolna, z możliwością wyboru. Bez poczucia rezygnowania z czegoś. Ssanie, jakie jest przy nałogu to jednak koszmar. Z każdym jednym narkotykiem, również emocją, tak jest, gdy się wpadnie w nałóg.

Ostatnie wydarzenia, śmierć mojego prezydenta, mojego miasta Gdańska, przemyślenia związane z tym wszystkim, z cała sytuacja, poruszenie tak dogłębne tematu języka nienawiści, pogardy, obelg (nawet zgrabnie zawoluowanych), który króluje już w tej chwili wszędzie i nie tylko w mediach, internecie czy rozmowach, skłoniły mnie do przemyśleń i uświadomiłam sobie, że jestem ostatnia do rzucania kamieniem, bo sama bywam hejterem. Wcale nie trzeba pisać nienawistnych komentarzy, żeby tak było. Bardzo mocno myślę nad tym wszystkim i chce jeszcze szczerszej zmiany, ale to proces. Proces, który we mnie samej rozpoczął sie na pewno.

Czym jest hejt? Czemu uważam, że jest narkotykiem? Bo jest odruchem, który ma nam pomóc w konkretnym momencie. Bardzo często jest to opinia nieprzemyślana, a bardzo emocjonalna i negatywna. Emocjonalna, bo akurat jest reakcją na coś , co nas rani, krzywdzi, obraża, sprawia przykrość, nie ma naszej zgody. Bez względu na zasadność. Nienawiść, agresja, złość na kogoś, na coś, na siebie jest tylko reakcją, ale reakcją, która daje moment ukojenia, moment poprawy samopoczucia, moment poczucia się  spełnionym, bo hejt przeważnie budzi emocje po drugiej stronie. Co z tego, że negatywne? Co z tego, że raniące? Co z tego, że krzywdzące? Nasze odreagowanie jest w tym małym momencie ważniejsze.

Ale jak po każdym narkotyku, przychodzi załamanie i pogorszenie samopoczucia, potęgowane jeszcze widocznym skrzywdzeniem kogoś innego, więc szuka się kolejnych sposobności do poczucia nienawiści, żeby można było ją wyrazić. Internet, media, polityka, celebryci, rodzina, bliscy – i znowu można strzelić sobie w żyłę, wciągnąć nosem, wziąć pod język i poczuć odurzenie z poczucia poprawy samopoczucia, z tego wygarnięcia innym, wyzwania ich, zbluzgania, poniżenia, obrażenia, pomówienia i oskarżenia.

I znowu dół. I każda kolejna dawka jest coraz mocniejsza, musi być, po przecież mniejsza przestaje działać, nie koi, nie poprawia nastroju, nie daje haju poczucia racji i odreagowania.

Wszyscy bywamy hejterami. Wszyscy szukamy czasami PRETEKSTU, żeby pohejtować. Wkurzając się na siebie, bo coś nie wyszło, bo robimy błędy, bo nie jesteśmy idealni, bo mamy słabości, albo (dam kilka luźnych przykładów, pisząc „my”, ale są chyba klasyką gatunku spotykaną w codziennym życiu, ale każdy ma swoje): na korek, na kolejkę, na panią, która niechcący trąca wózkiem, na celebrytów, na partnera, bo nie jest taki, jakie mamy o nim wyobrażenie, czy rodzica, bo nie jest taki, jaki powinien być, albo szefa, bo nie spełnia naszych oczekiwań, hejtujemy ludzi o innych gustach, poglądach czy przekonaniach, bo przez nich przecież świat nie jest idealny, hejtujemy za plecami i w twarz, a szczególnie w internecie, hejtujemy w cynizmie i satyrze, z uśmiechem i czułością a najbardziej pod szyldem własnej krzywdy i jedynie reakcji na nią. W codzienności i od święta. W obojętności na krzywdę i zło.

Czasami hejtujemy, bo tylko tak w danej chwili umiemy. Bo nie wiemy, że to oznacza jedynie, że tak jest po prostu łatwiej, ale można inaczej.

Hejtujemy, bo łatwiej jest wyrazić „swoja opinie”, niż pomyśleć: „Nie poddawaj się. Daj bana nienawiści w sobie. Nie tędy droga”. Własne reakcje to jest jednak to, na co mamy prawdziwy wpływ.

Hejtujemy, bo jesteśmy ćpunami nienawiści o różnym stopniu uzależnienia. Niestety taki jest świat.

Nie zmieni się tego z dnia na dzień, ale mając tego świadomość, można zacząć czuć się z tym chociaż źle, bo mając świadomość, można też wziąć odpowiedzialność, za własne wybory i reakcje, słowa, zachowania, można o tym pamiętać, zanim się powie czy napisze, albo już zupełnie : zrobi coś, czego się będzie żałować.  

Zawsze jest chwila na zastanowienie i wybór.

Zawsze.

Zawsze można wybrać dobrze dla siebie. Bez hejtu. Wszyscy, ale to absolutnie wszyscy popełniamy błędy, błądzimy czasami po czarnych odmętach, czasami tylko trochę, ale wszyscy mamy wybór.

Gdy patrzę na niektórych, widzę, jak bardzo ich ten narkotyk nienawiści zniszczył. I co z tego? Jak tylko zdecydują, że dość, to mogą to zmienić.

A jeśli nie chcą? Jeśli nie widza swojego uzależnienia i szkodliwości dla siebie i innych? Co z nimi? Nie wiem, nie mam wiedzy ani mądrości, aby o tym decydować. Wiem tylko, że hejtem głęboko uzależnionych hejterów, którzy są na ciągłej fazie nie zmienię nic. Nie moja to rola, ale na pewno nie mogą to być działania motywowane właśnie nienawiścią do nich, bo będą powielaniem zła.

Sama pracuję nad soba, bo najważniejsze, to nie brać nienawiści, gdy sie sama łatwo i lekko podsuwa pod palce i do umysłu. Nie. Nie chcę tłumaczyć hejtu, nawet lekkiego, wolnością słowa i wyrażania opinii. Chce mieć opinie, które nie ranią innych, albo mieć takich opinii jak najmniej, bo wiem, że można. Jeśli jest inaczej, a bywa, to nadal będę nad soba pracować, zmieniać sie, zmieniać i zmieniać. Na lepsze. Dla siebie i dla innych, bo nie ma nic gorszego, niż powodowanie, żeby inni czuli się przeze mnie źle. To gorsze niż każdy kac.

Oglądałam dziś pogrzeb Adamowicza, mojego prezydenta. Przykro patrzeć, że zniszczona została taka rodzina, takie małżeństwo i ojcostwo, szefostwo, przyjaźnie i relacje, ale też świetna praca samorządowa. Człowiek z pasjami i dobrymi intencjami. Kocham Gdańsk i jestem z niego dumna od zawsze, to moje miasto, ale Adamowicz bardzo sie do tego przyczynił. Jak dobrze na sercu, że mogłam mu za to wspaniałe zarzadzanie miastem osobiście podziękować na BFG, a on zareagował tylko z tym swoim skromnym uśmiechem „Bardzo mi miło, dziękuję”

To ja jeszcze raz dziękuję i żegnam Pana, Panie prezydencie.

Jesteśmy wolnymi ludźmi i zawsze mamy wybór. Jeśli jest inaczej, a bywa w różnych ustrojach, to faktycznie sprawa jest znacznie trudniejsza, ale w Polsce, jesteśmy wolnymi ludźmi i mamy zawsze wybór rozwiązań, działań, reakcji. Zawsze możemy się zastanowić, jakie dane działanie czy słowa mogą mieć konsekwencje i zdecydować, czy na pewno tego chcemy. Pewnie, ze w życiu wychodzi różnie i mimo naszych dobrych intencji coś zostaje źle odebrane, ale to już jest kwestia wyboru tej drugiej strony, a jak napisałam na wstępnie: wszyscy jesteśmy uzależnieni od nienawiści (lub na odwyku) i zawsze możemy akurat trafić na moment, gdy ta druga strona sięga właśnie po swoja dawkę. Warto wtedy to po prostu widzieć.

A.. I jeśli już zdarza się hejt, to czasami jednak (nie zawsze, bo słowa czy czynu się nie cofnie), ale czasami, kołem ratunkowym jest jeszcze: przepraszam.

Jednak świadomość mechanizmu i działania nienawiści, złości, agresji jak narkotyku, silnego, bardzo silnego nałogu to podstawa.

Warto rzucić. Dopiero wtedy czuje się wolność i siłę i dopiero wtedy życie zaczyna naprawdę smakować, naprawdę chce się i da się je odbierać wszystkimi zmysłami. Gdy trudne emocje zastępuje się pasją. Pasje mają tę podstawową zaletę, że napędza je miłość. To ta różnica w motywacji.

Warto.

Z każdego nałogu da się wyjść, tylko trzeba go w sobie zrozumieć, przyznać się przed soba i chcieć rzucić, samodzielnie, czy z pomocą innych. Ale przede wszystkim trzeba chcieć.

Czy coś się zmieni w naszym kraju, chociaż trochę? Nie wiem, nie wiem, jak głęboko ludzie są w tym nałogu i czy będą chcieli to zmieniać. Czas pokaże.

Tak myślę, że chyba najważniejsze jest nie wyrzucanie w świat takich odczuć, opinii, które mogą być hejtem. Jak ktoś czuje hejt, to żeby go nie artykułował do innych, żadnym kanałem, żeby to poszedł wykrzyczeć do lasu, do parku, przeżyć w jakiś inny sposób, odreagować, obojętnie jak, ale nie w innych ludzi czy zwierzęta, a już zupełnie nie w siebie, bo nienawiść do siebie jest najgorsza. Dopóki takie emocje się czuje, to chyba naprawdę pierwszym krokiem jest nie uderzanie nimi w innych czy siebie a szukanie rozwiązań.
To naprawdę jest jak broń ostra, a przecież używana na haju emocji, których nie powinno się używać jako motywacji, bo na pewno zrobią tylko zło. Nie mam odpowiedzi na pytania, jak to zmienić, jak to rzucić, bo każdy musi wiedzieć sam.

Ja wiem tylko, że mam olbrzymią wiarę w ludzi i pewność, że można w sobie nad tym pracować. Hejtowanie, każdy atak, każda kłótnia, awantura, scena, obelga, ubliżenie, akt czucia się lepszym i posiadania patentu na prawdę i rację, nawet z uśmiechem i szeptem, to wybór.
Jak już trzeba się naćpać i to przeżyć tak a nie inaczej, to robić to bez uderzania w innych czy siebie. W jakikolwiek sposób, ale nie w drugiego człowieka, czy siebie słowem czy czynem.
To zawsze może być jakiś krok do zmiany, bo przecież da się żyć bez nienawiści, poczucia krzywdy, poczucia bycia gorszym, poczucia bycia nikim, można spokojnie dobrze żyć bez takich odczuć i myśli (albo w promilu pozostałości po odwyku), ale to jest zupełnie inna sprawa i nie o tym dziś.

Można wybrać inaczej, zanim będzie za późno.

Wszyscy jesteśmy w drodze, czy tego chcemy czy nie. Wszyscy się zmieniamy, czy tego chcemy, czy nie. Tylko mimo wszystko naprawdę mamy na to spory wpływ, w co się zmieniamy i w która stronę, a jeśli z podejmowania decyzji rezygnujemy, to podejmą je za nas inni i nasze emocje, jakie tym budzą.

Na dziś jednak w ciszy, nadal, jak od lat, pracuję nad sobą i tylko bardziej zdecydowanie wybieram nałogi, które dają dobre emocje, przez pasje, poglądy, zainteresowania i relacje, które dają pozytywna energię, bez kaca. Wybory… Jestem tylko człowiekiem, nie bogiem. Na szczęście.

Myślę, że niektórzy naprawdę nigdy nie zażywają nienawiści i nie kierują się nią chyba nigdy, albo bardzo rzadko i nauczyli sie odrzucać to możliwie szybko i skutecznie, ale my, zwykli ludzie musimy się z tym zmagać każdy na swój sposób. Powodzenia nam wszystkim. Jest bardzo potrzebne w dzisiejszym świecie, nie tylko u nas w kraju.

Możemy natomiast uczyć się od lepszych w tym, jak ś. p. Paweł Adamowicz, który tak dobrze potrafił mówić, tak mądrze, a bez słowa hejtu. Jego słowa zawsze przepełnione były wartościami bezwzględnymi, wolnością, otwartością i solidarnością. Taki jest Gdańsk, tacy jesteśmy my, Gdańszczanie. Moje motto, wolność i pasje to przypadek, bo płynie z mojego serca, ale czuję, że jest też skutkiem bycia Gdańszczanką. Nasz prezydent czuł nas jak nikt inny. Będzie go brakować. Zostawił po sobie wiele dobra, dobrych kierunków i myśli, wiele otwartych i zaplanowanych działań. Mam nadzieję, że duch takiego Gdańska, jakim chciał go on dalej budować, będzie szedł z nami przez kolejne lata.

Bez nienawiści.

W otwartości i ufności, wierząc w ludzi. Nawet, jeśli to czasami tak cholernie trudne, a zadra w sercu będzie odczuwalna już chyba na zawsze. Kiedyś się zabliźni, ale nie powinna nawet o sobie dać zapomnieć. Bo to jest ważne i będzie.

Czy coś sie zmieni? Zobaczymy za rok, dwa. Wrócę do tego wpisu, zobaczę, jaka będzie Polska. Czy będziemy bardziej tolerancyjnym społeczeństwem do siebie wzajemnie? Do obcokrajowców? Czy będziemy zadowolonym z życia narodem? Czy będziemy się szanować mimo czasem kolosalnych różnic? Czy ludzie pójdą na odwyk od hejtu? Zobaczymy.

Więc co? Cieszyć się życiem, szanować siebie i innych, w otwartości i poczuciu wolności, to  najlepsze, co można wybierać.

Codziennie.