O czasie i rozumieniu

Zadziwia mnie niezmienność ludzkich poglądów. Takie zastygnięcie w podejściu z ubiegłych epok, chociaż można iść dalej.

Na przykład podejście do upływu czasu. Czym jest starość? Znam ludzi młodych wiekiem a zgorzkniałych i nie cieszących się niczym, znam ludzi w średnim wieku, którzy robią niesamowite rzeczy, znam staruszków, którzy szanują każdą godzinę swojego życia, chociaż zdrowie i ciało nie pozwalają już na zbyt wiele. Pamiętam tych których to pytanie już nie obchodzi w naszym wymiarze, bo umarli wg mnie przedwcześnie. A tam, w ogóle nie wiem, czy to można traktować w kategoriach „wcześnie, w sam raz”. Jakieś to niedorzeczne. W każdym razie, przemijanie jest oczywistością, z którą nie dyskutujemy jak ze zmianą pór roku. Buddyści mówią, że cały wszechświat oparty jest na cykliczności. Zgadzam się tym, tylko że to wyklucza się z założeniem nirwany, czyli jakiegoś ostatecznego etapu. No nie? Niestety to jest problem każdej religii. Jest bardzo nielogiczna. A szkoda. Pewnie dlatego tak wielu pozostaje przy filozofii. Ona pozostawia pytania otwarte, postawione i pozostawione bez odpowiedzi. Przynajmniej na dany moment. Religie sobie dopowiadają i odsyłają do wiary. Kiedyś krytycznie na to patrzyłam. Brakowało mi spójności. Dziś odpuściłam, bo dotarło do mnie, że ludzie po prostu mają prawo wierzyć, w co chcą. To prawo każdego z nas. Każdy z nas w coś wierzy i wyśmiewanie się wzajemnie za to, w co kto wierzy jest słabe. Ateiści mogą sobie nie wierzyć zupełnie w nic poza tym, co im na dziś pokazuje nauka. To też jakaś wiara. Ograniczona jak każda inna, ale ewolucja nauki i rozumienia wszechrzeczy nie jest ewolucją modeli smartfonów. Jedno jest dla mnie na dziś oczywiste i tu zgadzam się w pełni z buddystami: życie jest najważniejsze samo w sobie. Świadomość doświadczania go, obecności jest darem, który jest wystarczający.

Czasami sobie myślę, że może też powinnam, bardziej zaangażować się w ukrywanie upływu czasu. Przecież można zrobić sobie sztuczne rzęsy, czy paznokcie, zagęścić włosy, wygładzić zmarszczki samym kwasem hialuronowym, wypełnić lekko usta i czuć się… No właśnie? Ale zabiegi te są bardzo czasochłonne, a niektóre z nich bolesne. Naprawdę może nawet bym spróbowała wejść na tę drogę, ale nie mam kiedy. Tzn. nie mam sumienia poświęcać na to wolnego czasu. Już wystarczy, że niemało zajmuje robienie się w domowym zaciszu, ale to taki plan minimum, żeby nie czuć się jak po wyjściu z dżungli. Tak, lubię o siebie dbać, pomalować paznokcie, nałożyć maseczkę, dbać o ciało, zrobić masaż twarzy, pomalować się, wetrzeć balsam, poćwiczyć z hantlami wieczorem. Lubię to. Lubie się rozpieszczać. Lubię pójść na masaż i oddać ciało sprawnym dłoniom masażysty, lubię iść poćwiczyć, lubię potańczyć, lubię pójść do terapeutki, lubię pójść na fizjoterapię, lubię wizyty u fryzjerki, lubię pójść dobrze zjeść, lubię poleżeć z książką, lubię poleżeć i nie robić nic. Pomijając pracę i życie rodzinne oraz towarzyskie nie miałabym czasu dodatkowo parę godzin spędzać na robieniu paznokci czy rzęs albo wypełnianiu twarzy. Nie wiem. Jakoś ciągle sobie mówię, że nie walczę z czasem, a on nie walczy ze mną. Czy tak jest? Nie wiem. Właściwie pewnie dla czasu nie ma to znaczenia, jakie ja mam do niego podejście. Ważne jest, co mam w głowie, a w głowie mam wolność i poczucie młodości. Nie jestem nastolatką, ale wiek średni uważam za bardzo dobry. Kompletnie nie pasuje mi natomiast podział „co wypada, a co nie wypada”. Kobiecie w moim wieku nie wypada na pewno się nad tym zastanawiać. Życie jest generalnie za krótkie na takie dywagacje a już zupełnie odmawianie sobie korzystania z niego, bo „co ludzie powiedzą”. Niech ludzie się zajmą sobą, a nie obgadywaniem. Proste. Wszyscy będą szczęśliwsi.

Mówi się, że upływ czasu jest niełaskawy. No cóż to nie koncert życzeń, więc ja wolę skupiać się na tym, na co mam wpływ: Codzienne duże i mikro wybory jak ten czas spędzę. Patrzenie w lustro i liczenie zmarszczek nie jest specjalnie budujące. Tak, są, będzie ich coraz więcej. Życie płynie. Ważniejsze jak. Najważniejsze, że w ogóle.

Kolega mnie zapytał, czy mój mąż nie jest zazdrosny o to, że przebywam czasami z atrakcyjnymi mężczyznami. Jakoś tak faktycznie się składa, że jest ich w moich życiu niemało. Nie ukrywam też, że mnie zachwycają jako ludzie. No i tyle. Kolega uważa, że mój mąż powinien być o tamtych zazdrosny. On by był i woli, jak jego żona chodzi na różne zajęcia do innych kobiet. I to jest jedno z miejsc, gdzie nie rozumiem takiej logiki. Np. jeśli chodzę na zajęcia do atrakcyjnego trenera, albo na masaż do atrakcyjnego masażysty, dlaczego mój mąż miałby być o to zazdrosny? Tzn. ja naprawdę nie widzę korelacji. Oczywiste jest, że wybieram przebywanie wśród ludzi, którzy mi odpowiadają. Płeć nie ma znaczenia. Dla tego człowieka po drugiej stronie jestem jedną z wielu klientek czy podopiecznych. Świetnie, jeśli stanie za tym sympatia. Tylko gdzie tu miejsce na zazdrość? Naprawdę nie mogę tego jakoś poukładać w taki sposób. Przecież ja też mam wielu klientów, wśród których zdarzają się bardzo atrakcyjni mężczyźni. I co z tego? To tylko lekko uprzyjemnia robienie interesów, ale nie tworzy pola do zazdrości ze strony mojego męża. Mój mąż też współpracuje, czy ma do czynienia z atrakcyjnymi kobietami. I co z tego? No ludzie. Jaki jest proces myślowy takiego zaborczego podejścia? Unikaj ludzi atrakcyjnych? To ma być bezpieczeństwo? Jednak może dlatego, że sama zawodowo zajmuję się budowaniem relacji, to postrzeganie mam trochę inne. Zupełnie inne. A co z tą zazdrością? Każdy mierzy swoją miarą.

Zazdrość w takich relacjach? Nie mamy na nią miejsca, bo mój mąż cieszy się moim szczęściem. A ja wobec tych ludzi czuję po prostu wdzięczność. Jestem wdzięczna za to, że mnie czegoś uczą, dają mi coś od siebie, wnoszą wiele do mojego życia, dzielą się że mną swoją energią. Odczuwam wdzięczność i dziką satysfakcję. Po prostu. Każdemu mogę tego życzyć.

Niektórzy mężczyźni jawnie mówią, że oni by się nie zgodzili, żeby ich żona chodziła do atrakcyjnego trenera czy masażysty. No spoko. Radykałów nie brakuje i pewnie jeszcze długo brakować nie będzie. Ich żon też. Co kto lubi. Niby czasy się zmieniają, a jednak myślenie czasami spotyka się jakieś takie….Archaiczne. I co z tego? Nic. Skoro taka jest potrzeba, to niech ją sobie inni realizują.

Z tym rozumieniem, nierozumieniem, jestem akurat na etapie jednak najbardziej totalnej akceptacji. Jeśli ludzie chcą w coś wierzyć, nikt im tego nie powinien zakazywać, ale oni też nikomu tego nie mogą narzucać, ani piętnować innego myślenia u innych. Dopóki nikomu nie dzieje się krzywda (i do krzywdzenia się nie namawia), to jestem za totalną wolnością poglądów. Jeśli ludzie chcą być w takich związkach, że facet jest pantoflarzem i to kocha, a kobieta nie chodzi do mężczyzn na żadne zajęcia, bo mąż tego nie chce, a ona się z nim zgadza, to spoko. Nie moja sprawa. Ja się tylko uśmiecham, jak to słyszę. Nie chce mi się polemizować, bo w sumie po co, to ich życie i sprawa. Zdarza mi się usłyszeć, że moje poglądy są lewackie, a nawet nie wiem, co to znaczy, bo nie poświęcam zbyt wiele uwagi polityce i nie znam bieżących trendów w tym obszarze. Niestety jak już zaglądam do wiadomości, to mam wrażenie, że na polskiej scenie od kilkunastu lat nagłówki są „kopiuj – wklej” tylko nazwiska się zmieniają. Już dawno zrozumiałam, że Polacy wcale nie chcą demokratycznej wolności, bo nie wiedzą, co z nią zrobić. Jak to się rozwinie, to czas pokaże.

Za to scena międzynarodowa przynosi sporo zaskoczeń i niewiadomych. Naprawdę bywa intrygująco. Tu jestem bardzo ciekawa, bo to jak przesunięcie biegunów. Proces zgoła nieczęsty.

Wracając do prawa do wiary w cokolwiek (czyli wszystko co „nieudowodnione”), naprawdę sama zrozumiałam, że wiara jest bardzo ważnym filarem poczucia bezpieczeństwa w świecie i otoczeniu. Pierwsi hejterzy byli przecież prześladowcami innowierców czegokolwiek (nie wiem dokładnie, bo mnie w tamtych czasach nie było). Warto o tym czasami pomyśleć, ale też zastanowić się, czy po kilku tysiącach lat nie można by zmienić podejścia i dać żyć innym, ale też sobie. Hm? Wiem, jeszcze nie w tym stuleciu. Spoko, spoko. Jeszcze długo, zanim przyjdzie akceptacja dla odmienności. Natomiast w takich codziennych relacjach czy sytuacjach żywe spotkania z poglądami z ubiegłych epok zawsze będą mnie zachwycać niedorzecznością. To w końcu jak podróż w czasie, jak zdziwienie kobietą na kierowniczym stanowisku, jak spotkanie człowieka u którego nie zadziałała dobrze reinkarnacja i utknął między dwoma światami 🙂

Taka refleksja, która mnie nie opuszcza : szanujmy się, bo wyśmiewać to nic trudnego. Pewnie, nie uciekajmy od żartów, bo chorobliwa poprawność polityczna jest złem, ale szanujmy się, bo jedno jest dość silnie pewne: różnice między nami nie będą się zmniejszać, a coraz bardziej pogłębiać. Mamy zbyt wiele możliwości, dróg, kombinacji, poglądów żeby jednolitość mogła być celem.

Szanujmy się w tych różnicach.

Z uśmiechem. Przecież dowolność poglądów pozwala nam na luz.

A czym się zajmuję w wolnym czasie? Poznawaniem poglądów heretyków. O tym następnym razem. Dlaczego? Ponieważ moje poglądy są również archaiczne. Też jestem ciągle na drodze do poznania istoty rzeczy 🙂

Zdjęcie: „ale w koło jest wesoło, o-o-o, człowiek w pracy, małpa w zoo, o-o-o”, cóż to ja w zoo też mogę być 😉 08.2018 zoo gdańsk

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s