Po czym poznać, że ktoś jest w nas zakochany?

Zakochanie, zainteresowanie, odczytywanie, ocenianie. Długo czekałam na odpowiedni zapalnik, bo tło znalazłam już w maju w postaci poniższego zestawienia:

http://www.polityka.pl/galerie/1705662,1,po-czym-poznac-ze-ktos-jest-w-nas-zakochany.read

To wszystko oczywiście może być prawdą, ale w zdecydowanej większości przypadków nie jest. Dlaczego? Czy da się ocenić, że ktoś jest w nas zakochany?

Czy jakiekolwiek zachowania, gesty, słowa mogą nam pomóc odpowiedzieć na to pytanie jednoznacznie? Według mnie mocno i wyraźnie: NIE.

Jest kilka aspektów, nawet wiele, ale nakreślę kilka, z własnego punktu widzenia i doświadczeń. Pierwsza sprawa: co oznacza zakochanie? Już w tym pytaniu mamy pułapkę, bo każdy zdefiniuje to inaczej. Dla jednej osoby zakochanie będzie od razu wstępem do myślenia „z tym człowiekiem chcę spędzić resztę życia”, dla kogoś innego będzie to „doskonały materiał na jedną noc”, albo trwa tylko ułamek sekundy, w której przez głowę przelatuje flesz tego, co by się mogło wydarzyć, tylko po przelotnej wymianie spojrzeń czy przypadkowym dotyku. To chemia. One się też nie muszą wykluczać 🙂 Żadne z tych zakochań nie jest ważniejsze czy mniej poważne. Nasze emocje są w końcu dla nas ważne, prawda? Więc podstawowe pytanie, na które i tak już na wstępie nie odpowie nikt, jest właśnie, co to znaczy, zakochanie. Rozbieżność w definiowaniu z reguły prowadzi do późniejszych rozczarowań. Czy da się tych rozczarować uniknąć? Na to mogę odpowiedzieć pozytywnie, bo w tym akurat byłam i jestem dobra.

Jak więc iść przez życie, żeby sobie nie zawracać głowy niepotrzebnymi rozważaniami, bo takimi właśnie są pytania „po czym poznać, czy ktoś jest w nas zakochany?”, a mieć jednak fajne przeżycia, a nawet związki mniej czy bardziej długotrwałe z małżeństwem włącznie.

No cóż. W tym względzie pomocne jest to, co jest pomocne w każdej dziedzinie – odpowiednie założenie, punkt odniesienia. Na pewno nie jest pomocne sięganie po takie definicje, jakie przytoczyłam w linku na wstępie notki. One zawierają po prostu błędne założenie, że da się to rozpoznać. Jak napisałam, uważam, że nie da się rozpoznać, że ktoś jest zakochany i na tej podstawie budować dalszych działania.

Co jest niewłaściwego w odczytywaniu przytoczonych zachowań, gestów, jako objawów zakochania? Przykładowo odniosę się do kilku z tych punktów:

  1. krótszy dystans fizyczny. – nie wiem. ja tam lubię zbliżać się do ludzi, których lubię. nie jestem w nich zakochana.
  2. spoglądanie w swoim kierunku – no tak. jak na kogoś zerkam, to na pewno się podkochuję. Ej, ktoś tak serio myśli? 🙂

  3. kontakt bez przyczyny – zawsze jest jakaś przyczyna. ale nawet jeśli to jakieś zwykłe zaczepianie – tak robią ludzie, którzy się lubią

  4. uśmiech – no. tak. oczywiście. kocham wszystkich ludzi, do których się uśmiecham. czy to zakochanie? Wątpię.

  5. ciepło i oschłość na przemian. – a słyszał ktoś o PMS i wahaniach nastroju? W przyjaźni też tak bywa.

  6. częste spotkania – czy dotyczy ludzi, którzy razem pracują? Bo jeśli nie, to może jednak dotyczy ludzi, którzy się lubią? Lubią. Punkt. Nie „a może i coś więcej”.

  7. zainteresowanie twoimi przyjaciółmi – jeśli wykluczymy już wścibskość, to zostawmy to w obszarze zwykłej sympatii. to, że idę do kina z przyjaciółką i ktoś o tym chce słuchać, to nie jest dla mnie dowód, że się we mnie kocha.

  8. zmiany planów – hm, jeśli mam coś zaplanowane, a ktoś mi coś proponuje, co się okazuje ciekawsze i zmienię plan na rzecz nowego, to pokazuję komuś, że jestem zakochana? No tak. Mhm. No jednak nie.

  9. pozwól się zlokalizować. – to normalne wśród ludzi, którzy się lubią. albo chociaż szanują.

Żaden z tych punktów nie świadczy o zakochaniu wg mnie. Wyłącznie o sympatii. Serio. Owszem, towarzyszy też zakochaniu. Ale to nie jest logiczne: A =B, to B = A.

Ludzie robią sobie straszną krzywdę nadinterpretując takim wnioskowaniem. Oczywiście, niektóre z zachowań są często stygmatyzowane przyczyno-skutkowością: idziesz z mężczyzną na kolację = randka = on może spodziewać się zakończenia wieczoru nocą ze śniadaniem. Może tak myśleć. Pewnie. Nikt mu nie zabrania. Tylko czy powinien się czuć zawiedziony, w razie, gdy kobieta po kolacji chce wrócić do domu bez nawet buziaka? No ale tak poważnie. Bo na jakiej podstawie? Bo tak się często dzieje? To żaden powód. To nie jest umowa, zawierana na określonych warunkach. Jeśli nie precyzujemy, nie artykuujemy naszych oczekiwań czy założeń, to naditerpretacją jest rozczarowanie, gdy nie są spełnione przez drugą stronę.

Albo mężczyzna zaprzyjaźnia się z kobietą, opowiada o swoich problemach, zżywają się, ona się przez to angażuje i zakochuje i zaczyna spodziewać się jakiegoś rozwoju sytuacji w stronę a’la związek. Czy może? No może, ale czy powinna? Jak dla mnie to nie, bo sama relacja nie jest żadnym komunikatem ponad to, co on jej komunikuje. Na podstawie tego, co napisałam, może jedynie domniemać, że mu się z nią dobrze rozmawia. To ważne. Jasne, to dużo, ale to nie jest jeszcze żaden sygnał, ani komunikat „może się w niej zakochał”. Jeśli nie precyzujemy, nie artykuujemy naszych oczekiwań czy założeń, to naditerpretacją jest rozczarowanie, gdy nie są spełnione przez drugą stronę.

Nie wiem, tak się zastanawiam, co bym zrobiła, gdybym zakochała się w kimś, z kim mi się doskonale rozmawia, a kto nie wysyła żadnych innych komunikatów, że on też coś czuje ponad sympatię. Hm. Czekałabym. A gdyby po jakimś czasie nic się nie zmieniło, to bym… nie wiem. Co się robi, jeśli się czuje coś do przyjaciela? Nie wiem, tylko dlatego, że szybciej bym umarła, niż pierwsza powiedziała mężczyźnie, że się w nim kocham, no cóż, taka jestem i jakoś mimo wszystko nic mnie nie ominęło (wiem, szczęściara), a jeśli byli tacy, w których się kochałam i nic z tego nie wniknęło, to ich nawet nie pamiętam. Ale ja byłam strasznie kochliwa i zakochiwałam się średnio raz w tygodniu.

Dziś dość wyraźnie umiem też nazwać coś fascynacją – bo nadal zdarza mi się trafiać na mężczyzn czy kobiety, którzy mi czymś szalenie imponują, a przy tym są np. też atrakcyjni fizycznie. Jak się ma ponad 30, 40 lat, to jednak się już doskonale wie, gdzie ta fascynacja jest zlokalizowana, co ją wywołuje i po prostu się nią cieszy. Nie nazywa się tego już zakochaniem i nie chce iść z tym kimś do… kina, czy do łóżka 🙂 (hehe). Tak naprawdę to jest często faktyczny stan rzeczy – coś jest fascynacją daną osobą. I cudownie. Fajnie jest budzić takie emocje i je odczuwać. Wydaje mi się, że nazywamy to zakochaniem, bo mamy do pewnego momentu w życiu dość ubogi wachlarz słów do nazywania tego, co czujemy 🙂 Tak coś czuję, że tak jest. Dziś z przyjemnością fascynuję się różnymi ludźmi i tym, jacy są i co robią. I po prostu chłonę z przyjemnością z ich energii i wiedzy. Taki mały wampir 🙂 Ale tak, już nie powiedziałabym za nic, że to zakochanie. Zakochanie to jednak coś innego. W zakochaniu stricte jest też chemia. Taka wiecie, rozwalająca od środka i po krańce kosmosu. Takie 100% zakochania naprawę nie czuje się w życiu często. Czasami nawet 1 raz to dużo.

Fascynacji i sympatii jednak nie dość nigdy i nie żałujmy sobie jej za nic.

Ale co zrobić, gdy się zajochujemy w nieodpowiedniej osobie? O tym obszernej opowiem następnym razem.

***

Jest taki jeden, przy którym długo nie wiedziałam, co jest grane, ale w końcu niespodziewanie został moim mężem, chociaż od chwili, gdy go zobaczyłam, wiedziałam, że albo on, albo będę miała 5 kotów i nieskończone ilości znajomości zwanych romansami, bo związków miałam po kokardy dość. To pokłosie tego, że jestem starej daty 🙂 Jednak nawet jak patrzę na mojego męża i sobie przypominam początki, to przysięgam, że dopóki mi nie powiedział, że mnie kocha, to nawet się nie domyślałam. Z resztą on też nie domyślał się mojej miłości i myślał, że jest jednym z wielu kolegów. Przez kilka lat graliśmy w” kto się bardziej nie zdradzi ze swoimi uczuciami”. Ktoś powie, że to głupie, a ja to wspominam ze strasznym sentymentem. Młodość i szczeniackie podejście, ale bogowie, tak pocieszne i nie stanęło na przeszkodzie temu związkowi, a nawet lepiej, bo pozwoliło nam zacząć od zbudowania przyjaźni.) A najważniejsze, że to co, miało się zdarzyć i tak się zdarzyło. Taka mała dygresja.


Trochę poważniej – jest jeszcze jedna ważna sprawa: Wiele z zachowań, które niektóre szkoły przypisują zakochaniu stosuje się w.. biznesie. Ba, występują na co dzień. Sama doskonale się z nimi czuję w kontakcie zawodowym. To się dzieje kompletnie dwustronnie, ale nikt normalny nie odczytałby tego jako zakochania. Bo uśmiech, czy dopasowany do sytuacji żart, porozumiewawcze spojrzenie itd. Zdarzają się często. To wszystko jest bardzo wysmakowane i bez kompletnego przekraczania granic, bo ważne jest, żeby relacje budować nie tylko na szacunku, ale też zwykłej sympatii. Jeśli się z kimś dobrze rozumiemy, to też inaczej się robi interesy, rozwiązuje problemy, buduje trwałą relację. Pewnie, że biznes jest biznes, ale doskonałą szkołą jest przede wszystkim wiedzieć, że to relacje robią klimat, w jakim ten świat się kręci. Sprowadzanie odczytu zachowań do „zakochania” jest mówiąc prosto, dziecinne. Można się w podstawówce bawić w taką interpretację, ale dorośli ludzie powinni mieć jednak szersze spektrum analizy sytuacji i zachowań.

Jakiś wniosek?

Jedynym sposobem aby się dowiedzieć, czy ktoś jest w nas zakochany, to usłyszeć to od tej osoby. Wszystko inne to domniemania. Naprawdę. Jest mnóstwo ludzi, którzy będąc zakochanymi zrobią wszystko, żeby to ukryć i nikomu na świecie nawet o tym nie powiedzą. Z obiektem włącznie. I to może trwać latami. Znam takie przypadki i dowiadując się, że ktoś jest od lat zakochany byłam zaskoczona. Będąc osobą komunikatywną, kontaktową, towarzyską w jakimś stopniu, otwartą, kolegującą się z ludźmi obu płci w różnym stopniu, nie zastanawiam się kompletnie, czy jakieś moje zachowanie będzie odczytane jako zakochanie. Gdyby ktoś ze znajomych, czy przyjaciół, powiedział mi, że myśli, że się w nim kocham, bo się tak czy inaczej zachowuję, to bym się uśmiała. Szczerze.

Tak sobie myślę, że taka zero-jedynkowa interpretacja miała pewnie miejsce jeszcze 100 lat temu, ale dziś to już naprawdę archaizm. Otwartość zatarła zupełnie granice między jednoznacznością. Dokładnie te same zachowania występują w biznesie i zwykłych relacjach międzyludzkich. Mogą świadczyć o zakochaniu, ale też o zwykłej sympatii, a nie zapominałabym też o interesowności, która w naszych czasach też bywa dość często niezdrowym motywem komplementów czy uwagi. Nie ma się w razie czego o nią obrażać. Po prostu trzeba pamiętać, że nic nie jest czarno-białe.

Tak na koniec, taka refleksja: Są ludzie, którzy zupełnie unikają tych zachowań, które bywają określane jako właśnie dowód zakochania, bojąc się właśnie posądzenia o bycie zakochanym. Powoduje to, że takie osoby są zamknięte w sobie, unikając kompletnie otwartości, nie mówiąc o flircie z życiem, poprzez przedłużone spojrzenia, puszczenie oka, uśmieszek ukradkiem, czy dotknięcie ramienia, albo kontakt z byle powodu. To niepotrzebne, głupie i ograniczające. Tacy ludzie odbierają sobie jedynie możliwość delektowania się życiem i relacjami. Bo weźmy załóżmy nawet, że ktoś powie ” kochasz się we mnie, że tak patrzysz?”. No nawet jeśli ktoś tak powie, albo my tak powiemy („nie patrz się tak, bo się zakochasz”), to naprawdę w pierwszej linii najlepiej wziąć to „na miękko” i obrócić w żart. Bo to z reguły po prostu żartem jest. A jeśli nie? no cóż. Ja bym szła w zaparte, żeby się nie przyznać, ale tak poważnie, to właśnie takie sztuczne zdystansowanie bardziej może wskazywać, że coś jest nie tak. Tylko pytanie, co i po co zostawiać taki obraz?

No dobrze, ja wiem, że ludzie często są zdystansowani, bo taki mamy klimat, ale jeśli powodem jest obawa, żeby jakieś zachowanie nie było odczytywane jako podryw, to naprawdę mocno polecam wyluzować. Nie wiem, kompletnie mnie to nie zastanawia, czy ktoś się czuje przeze mnie podrywany, czy sobie nie myśli, że się w nim kocham. To jego sprawa i jeśli nawet tak myśli (co z mojego punktu będzie bzdurą, no ale niech tam), to nie tak sobie myśli. Toż ja nic na tym nie tracę, a biedak sobie myśli, że na niego lecę. Chociaż naprawdę nie wydaje mi się, żeby takie rozumowanie cechowało dorosłych ludzi, to może się tak zdarzyć. Ale jedno wiem na pewno: nawet jeśli ktoś wobec mnie zachowuje się w jakikolwiek sposób sympatycznie (Nawet jeśli jakieś poradniki mówią, żę to podryw), to ja tak tego nie odczytuję. Szczególnie, jeśli nie jestem zainteresowana, aby tak było. Pozwalam takim osobom być sobą i dobrze się z tym czuję. Oni chyba też.

To wystarczy. Ważniejsze jest dla mnie, żebyśmy się wszyscy ze sobą dobrze czuli. Po prostu, bo okazji, że jest inaczej też przecież nie brakuje. Takie życie.

Więc ja proponuję, nie zastanawiać się nad pytaniami „po czym rozpoznać, czy ktoś się we mnie zakochał”. Jak się mamy dowiedzieć, to się dowiemy. Proste. A takie szablony tylko zaburzają niepotrzebne budowanie relacji, wprowadzają sztuczne bariery i usztywnienia. Po co? Lepiej fajnie żyć i mieć pozytywne relacje. Uczucia w końcu sobie znajdują drogę do ujawnienia, nieważne czy po 20 sekundach spojrzenia w oczy czy 20 latach. Tak jakoś mi się dość mocno zdaje… Co jak co, ale nadinterpretacja jest zawsze szkodliwa. Takimi pytaniami generuje się ją lawinowo. Warto myśleć, jakimi pytaniami zaprzątamy sobie głowę.

Dużo miłości życzę nam wszystkim i słusznych pytań w głowie, a nade wszystko pozytywnych relacji i kompletnie unikania naditerpretacji 🙂


Lubię ją od wieków i sobie znowu o niej przypominałam. Poniżej zamruczy dla Was:

Ale przede wszystkim i najważniejsze :

I tyle.

Zdjęcie: Siegburg, 09.2017 kobieta z psem

2 myśli na temat “Po czym poznać, że ktoś jest w nas zakochany?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s