Gdy rano mąż powiedział „chodź do Gdyni” powiedziałam rezolutnie „ale po co??”. I to był jeden z momentów, w których to pytanie było nie na miejscu. Gdy dojechaliśmy do Gdyni, odbił w prawo z komentarzem „Kiedy ostatnio byłaś w Orłowie?”. Wieki temu tam nie byłam, ale też… A dobra. Niech będzie. Standardowo, molo, widok na Klif, och, ach. Ale jakoś tak nas tknęło, że na górze są ludzie. Też chcemy. I poszliśmy. I się okazało, że widok zaparł dech z zachwytu. Naprawdę niedowierzałam, że nigdy tam jeszcze nie byłam. Piękna pogoda pozwoliła zobaczyć wyraźnie półwysep Helski. Widok na Zatokę z takiej wysokości jest po prostu bezcenny.

Mąż już do końca dnia przedrzeźniał moje „ale po co?”.

Warto zajść na obiad do Tawerny. Halibut dobrze zrobiony. Nic nie można zarzucić. Dorsz w cieście piwnym także warty spróbowania.

Dobre podsumowanie wyjścia.

A obok koniecznie na lody do „U lodziarzy”. Przepyszne. Jako lodziarnia wskakują na moje top 5.

Ale ten widok z Klifu. Czuję się zakochana, zauroczona, odurzona.

Zdjęcia: Gdynia Orłowo, Klif i pobliże.  08.2017