W życiu każdego człowieka przychodzi moment wyboru: może zacząć je zwalczać, albo zawrzeć z nimi sojusz. To dość ważny moment. Może dość mocno determinować późniejsze działania.

Czy intuicja mówi Ci już, o co chodzi?

Zacznę od końca. Niedawno pisałam o wykładzie ze złości. Temat został oczywiście tylko muśnięty, bo co można zrobić w krótkiej notce na bloga, niż li tylko musnąć, oby celnie.

Wracając do tego wątku: Zdarza się, że ktoś nas denerwuje. Gorzej, gdy nie wiemy dlaczego. Z reguły racjonalizujemy to i tłumaczymy sobie bezsens na wiele sposobów. Niepotrzebnie. Jeśli przyczyny rozdrażnienia nie są nam znane, to znaczy, że zna je nasza intuicja. Tak, właśnie ona, widzi coś, czego my, okopani w racjonalizowaniu, czegoś nie widzimy, albo nie chcemy zobaczyć. Niepotrzebnie. Zrozumienie przyczyn rozdrażnienia bywa przełomowym momentem dla relacji. I może być punktem wyjścia do zmian. W którą stronę, to już będzie zależało od nas, czy obu stron. Niemniej, nie należy zagłuszać, wypierać, nadpisywać takich emocji. Zagłuszanie ich miewa naprawdę niepotrzebne skutki, których zwyczajnie można uniknąć. Wystarczy być ze sobą szczerym. Nie, to nie banał. To aksjomat. Tak na marginesie, jedna z moich ostatnich myśli dnia:

Jeśli coś cię boli, ale nie wiesz co, to sprawdź, czy nie masz noża w plecach.

Można to interpretować dowolnie i dowolność tę pozostawiam otwartą. Oby wyszła na zdrowie, bo najlepszym wnioskiem będzie nóż ten po prostu wyjąć i podjąć działania, które przywrócą nam równowagę. Czy mam na myśli mściwość? Nie. Śmiem powiedzieć „chyba nigdy”, nie sądzę, żeby zemsta miała sens kiedykolwiek. Nie „po wsze czasy”, a tak chyba powinno być. Także nasze działania mają mieć skutek naprawczy, zapobiegawczy i porządkujący. Ale ja dziś nie o tym. To temat poboczny. Chociaż wniosek ponadczasowy (i nie mój przecież):

Intuicji należy słuchać zawsze. Dla własnego dobra i dobra innych.

Dobrze. Gdy da się coś jeszcze wyprostować. Gdy nie stało się generalnie nic wielkiego.
Gorzej. Gdy bieg wydarzeń  doprowadza do miejsca bez odwrotu, gdy zostają zgliszcza pobojowiska, gdy wszyscy przegrali. Bywają bitwy bez wygranych. Tak też bywa, nieprawdaż? Cóż. Wszyscy jesteśmy ludźmi. Czasami płyniemy z prądem emocji. Nie ma się co biczować, nie ma co płakać, trzeba wyciągać wnioski.

Przejdźmy jednak po tej rozgrzewce do istoty sprawy.

DEMONY.

Wspomniałam na wstępie, że przychodzi moment wyboru. Jakiego? Najważniejszego. Rzecz jest bowiem o demonach, ale naszych demonach. Siedzących w każdym z nas. Momentem wyboru jest: czy chcemy te demony zwalczać, czy może jednak sięgnąć po rozwiązanie, które po bliższym poznaniu jest jednak logiczniejsze, sensowniejsze i skuteczniejsze, czyli akceptację? Każdy z nam jakieś demony w sobie ma. Złość, duma, strach, ból, bezradność, gniew, egoizm. Można tę listę rozwijać długo. Wszystko, co odczuwamy, z czym obcujemy wewnętrznie (hm), a przy czym mamy problem z akceptacją. Jak często spotyka się zwrot „pokonałem swoje demony”, „zabiłem w sobie smoka”. Mhm. Dziś, może na chwilę. Ale też nie widzi się, że za tym zwrotem stoi też „zabiłem jakąś część siebie”. Czy na zawsze? Czy się nie odrodzi? Czy na pewno nie była nam potrzebna?

No właśnie.

Powiem szczerze, że temat ten obudziło we mnie Zwierciadło artykułem: LINK 

(W sumie nie pierwszy raz Zwierciadło mnie inspiruje. Cudownie, że ten magazyn tak trzyma poziom, właściwie od dziesięcioleci).

Mam zamiar sięgnąć po książkę https://www.poczytaj.pl/ksiazka/nakarmic-swoje-demony-tsultrim-allione,310841, zupełne przeciwieństwo książek mówiących o zabijaniu swoich demonów. To ten moment wyboru. Chociaż od momentu, gdy przeczytałam sam artykuł w Zwierciadle poczułam o co chodzi i dopadło mnie wręcz „objawienie” ;), to chętnie wgłębię się w temat. Dam znać, gdy już będę po lekturze, jako update do tej notki.

Tak jeszcze na koniec. Wiesz po co to wszystko robić? Żeby rozumieć siebie, to oczywiste, ale też lepiej, coraz lepiej, rozumieć innych. Ale nie tak „marketingowo” (o co mnie zawodowo można podejrzewać), ale po ludzku i po prostu. Chciałabym, gdy tylko to możliwe, rozumieć. A to praca na całe życie. Każdy jednak mini kroczek ma dla mnie kolosalne znaczenie. Przynajmniej na moim Księżycu 😉

Dopisuję do swojej listy kolejny pierwszy raz: Kluczowy moment – zrozumieć własne demony, zamiast je zabijać.

Zrozumieć, że każdy jakieś demony ma i nie każdy wie, jak się z nimi układać. A może człowiek, który stoi na naszej drodze jest właśnie w trakcie ciężkiej walki ze swoimi demonami? Nie możemy mu pomóc, ale na pewno wystarczy przyjąć takie założenie. Ze wsparciem własnych demonów zyskuje się siłę. Polecam. Jestem na początku tej drogi, ale sama zmiana punktu widzenia jest diametralna. Przestać traktować je jako własne słabe punkty, nad którymi trzeba pracować (w sensie obrabiania ich) i od razu robi się lepiej.

Mieć za przyjaciół własne demony. To jest coś. Hm.